niedziela, 04 marca 2007 09:23
Oceń artykuł
(0 głosów)

Między Odrą a Wisłą

Władysław ŁokietekJakieś pół roku temu przyjechałem nad ranem z Warszawy do Bydgoszczy, zjadłem bułkę na Rybim Targu i świtem zaokrętowałem się na statku „Władysław Łokietek”.  Obyczaje wymagają, by nie wchodzić na pokład bez zgody kapitana. Ale cóż ja miałem robić, skoro pierwszy wstał Rosjanin z Kaliningradu, potem jakieś dziewczyny z Berlina a kapitana Grzegorza Nadolnego zobaczyłem dopiero koło 7 rano.

Ze trzy noce później Siergiej opowiadał o rosyjskim żeglarstwie. Nie o Ruskich z Londynu, mających „jachty” z kilkoma lądowiskami dla helikopterów, lecz takimi na przykład z Moskwy. Gdzie jest zarejestrowanych ponad tysiąc jachtów. Pokiwaliśmy głowami z uznaniem a on dodał „takich, których wartość przekracza milion dolarów”. Jakieś cztery godziny po tych nocnych Europejczyków rozmowach obudziła mnie szefowa kuchni wołając, bym zszedł z górnej koi bo jajecznica stygnie i niedługo zjawia się uczestnicy rejsu drugiej kategorii – nocujący nie na statku, lecz lądowych hotelach. Jakim sposobem na tak małym statku można było szykować śniadania, obiady i kolacje dla kilkudziesięciu osób? Z 4 daniami do wyboru?

Dziwny był ten rejs – w tym czasie na Zalewie Wiślanym awantura, bo Ruskie nie chcą naszych puszczać na wschód. Na Zalewie Szczecińskim prawie wojna, bo Niemieckie porwały naszych strażników – a ponoć nawet strzelały.

A tu:
- Ja, ja
- Da, da

I wodniacy kolaborują ze sobą, by pływać można było z Zachodu na Wschód i w przeciwnym kierunku. Wszystkie oba nasze okręty wojenne gonią z zachodniej granicy na wschodnią, by bronić niepodległości, a tu sobie płyną Rosjanie, Niemcy, Litwini, Ukraińcy i Polacy, by w ramach projektu InWater promować międzynarodową drogę wodną E-70 od Berlina przez Bydgoszcz i Elbląg po Kaliningrad. „Jedzą, piją, lulki palą”, spotykają się z marszałkami, prezydentami i wójtami regionów nad Kanałem Bydgoskim, Notecią i Wartą. Spiskują, co można uczynić, by przyciągnąć tu więcej turystów. Bo wprawdzie w godzinę można przelecieć nad Odrą z Ostrawy do Szczecina albo z Krakowa nad Wisłą do Gdańska, nawet nie trzeźwiejąc, ale co to za przyjemność – Polski się nie pozna. Zabraknie czasu nie tylko na najbardziej znane polskie miasta, ale i zagubione od czasów potopu szwedzkiego miasteczka i wioski, o niesamowitej urodzie.

Zwiedzane ratusze, muzea i kościoły już mylą mi się w pamięci. Któregoś burmistrza chwaliłem, iż w jednych miejscowościach spotykam straż miejską walącą mandaty, w innych – jak u niego – gęsto rozstawione kosze na śmieci. W dodatku opróżniane. Inny zawiózł nas do kilkusetletniego, modrzewiowego kościoła, gdzie ksiądz-esperantysta pokazywał, jak w „czynie społecznym” go odremontował. Nie wiedziałem, czy zamordować leciwego proboszcza za gwałt na zabytku, czy gratulować jego ocalenia. Ale w tej samej gminie jest jeszcze kilka takich modrzewiowych świątyń, kiedyś katolickich, potem luterańskich, znowu „odzyskanych”. Jedną z nich „podpierają” wiekowe dęby. Obok, w jakiejś remizie ochotniczej straży pożarnej, przyłapaliśmy kobiety i dzieciaki robiące dożynkowe wieńce. Gotowy materiał na film…

Kończy się droga wojewódzka, powiatowa, gminna. Jakieś 30 km. od Noteci trafiamy do gospodarstwa agroturystycznego (potem z żoną właściciela spiskuję, by nazwać fajnie to jakimś pensjonatem). Standard pokoi, restauracji a nawet sanitariatów powyżej „średnich stanów górnych”, jak mówi się o poziomie wód w rzekach. Szefowa narzeka, iż nie będę nocować u nich, lecz na statku, bo chciała pokazać, jak artystycznie komponuje na talerzach śniadania. Je mąż otwiera żeliwne drzwi do ceglanej szafy – a tam setka uwędzonych pstrągów z tutejszego stawu. Toleruje złodziei ryb – ma „na stanie” wydrę, rodzinę czapli podjadających ryby, lecz nie ma sumienia przegonić sublokatorów. Pensjonat nie ma strony internetowej – gości uzyskuje nadkomplety z Poznania i Berlina w wyniku „szeptanki”. Właściciele ze śmiechem potwierdzają, iż są w tej samej sytuacji, jak ja parę lat temu, przy eksperymencie z prowadzeniem „zielonego” pensjonatu, gdy jeden z gości wyznał: „tak się mi u ciebie podoba, iż nikomu nie zdradzę tego adresu”…

W Muzeum Puszczy Noteckiej śpiewają ptaki, z bliska oglądam zwierzaki, ptaki które tylko mi mignęły za burtą „Łokietka”, w czasie nie-codziennego rejsu, czasem nawet nocnego. W parku narodowym Ujścia Warty krążą nad moją głową dwa orły. Bliźniaki? Chyba nie, bo przelatują nawet za graniczną Odrę.

Kilka miesięcy później dostaję liczącą 340 stron „cegłę” 215x220x25 mm – monografię Pętli Wielkopolskiej oraz mocno chudszą wagą CD ROM z godzinnym filmem o tym szlaku. WIELKA PĘTLA WIELKOPOLSKA: Warta – Noteć – Gopło – Warta. Warto…

Dla mnie to rzecz niepospolita. Mirosław Słowiński najpierw namówił do współpracy Grzegorza Nadolnego, kapitana statku „Władysław Łokietek” Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej w Nakle. Potem jednego z najlepszych polskich dokumentalistów, Tadeusz Litowczenko, który ze Słowińskim przygotował film pełnometrażowy, także w niemieckiej i angielskiej wersji językowej. Powstało też blisko dziesięciu tysięcy zdjęć Pętli – robionych z wody, lądu i powietrza.

Gdzie zaczyna się Pętla? Można uznać, że szlak zaczyna się w Santoku, gdzie spotyka się Warta i Noteć. Dla innych początkiem jest Bydgoszcz, gdzie od Wisły odchodzi Kanał Bydgoski. Albo Kostrzyn nad Odrą, przy ujściu Warty. Uczestnicy projektu InWater twierdzą, iż to fragment międzynarodowej drogi wodnej E-70, z Berlina, przez Kostrzyn, Bydgoszcz i Elbląg do Królewca. Zaś działacze European Boating Association, organizującej jakiś czas temu konferencje i wystawę w Parlamencie Europejskim przekonują, iż to część gigantycznego szlaku, prowadzącego z irlandzkiego Limeric, przez Anglię, Francję, Holandię, Belgię i Niemcy, a potem przez Polskę i Ukrainę na Morze Czarne, z powrotem do serca Europy łukiem Dunaju…

Dwie rzeczy są pewne – Pętla Wielkopolska sama w sobie stanowi atrakcję dla wodniaków, będących zarówno amatorami, jak i profesjonalistami. Po drugie, stanowi część europejskich dróg wodnych, mogących zaprowadzić wodniaków na szlaki niemal całej Polski.

Można więc z książką w garści opłynąć Pętlę Wielkopolską. Można zaczynając w Santoku, Kostrzynie i Bydgoszczy opłynąć Pętlę Północną, nie tylko śródlądowo między Wisłą i Odrą, ale i domykając szlak dolnymi odcinkami tych rzek i Bałtykiem. Można z Paryża, Bazylei czy Amsterdamu wybrać się na Mazury, przez Warszawę. W 2004 roku, w ramach „Powitania UE na polskich wodach” sprowokował Wojciech Kuczkowski jeszcze dziwniejszy rejs – z Bydgoszczy nad Wisłą do Kostrzyna, w górę Odry aż po Kanał Gliwicki, transfer lądem z Gliwic na Kilometr Zero Wisły koło Oświęcimia i przez Kraków, Warszawę powrót po 2 miesiącach do Bydgoszczy.

Krajowych i zagranicznych wodniaków odsyłam dziś na www.wpw.net.pl – gdzie mogą zamówić drukowany przewodnik po Pętli Wielkopolskiej i filmy. Sto stron opisu nawigacyjnego szlaku. 140 stron „nawigatora turystycznego”, czyli opisu miejsc i ludzi na tej trasie. Gdzie nawet można się dowiedzieć, u kogo kupić najlepszy ser, chleb albo szkło artystyczne… I wiele innych załączników – od żeglarskiej etykiety, po rady jak zbudować marinę na rzece – i jak uzyskać tysiąc niezbędnych zezwoleń. No i jeszcze 400 przepieknych zdjęć…

Podobno Mirosław Słowiński zaskoczony tak życzliwym przyjęciem „Pętli” przez profesjonalistów i amatorów rozważa, czy nie wdać się w następne awantury – pokazanie drukiem, filmem, fotografią i Internetem innych głównych szlaków wodnych Polski.

Szwejk meldował się u swojego herr oberleutnanta mówiąc „melduje posłusznie, ja się nie boję”. Więc zgłaszam się Słowińskiemu do pomocy, by opisana została podobnie Odra, Wisła, szlak z Warszawy na Mazury itd. Ja się nie boję…

 

Poprawiane: wtorek, 25 maja 2010 09:33
Więcej z tej kategorii: « Turystyka wodna, sport i rekreacja nad wodą w Warszawie i na Mazowszu Szlaki Wodne Polski »

1 Komentarz