piątek, 11 stycznia 2013 11:24
Oceń artykuł
(6 głosów)

Jachtem w dal: Spływ z Mazur, Pisą i Narwią, na jezioro Zegrzyńskie. Wrzesień 2012.

Jachtem w dal: Spływ z Mazur, Pisą i Narwią, na jezioro Zegrzyńskie. Wrzesień 2012. Adam Żyszkowski

Właściwie tego rejsu w żaden sposób nie planowałem. Sezon żeglarski 2012r. miał się skończyć na Mazurach. Już wcześniej uznałem, że dawno mnie tam nie było tak na dłużej i dlatego też chciałem "ograniczyć" się tylko do tego akwenu.

Udawało się - długi weekend majowy, potem Boże Ciało, lipiec, sierpień... W międzyczasie regaty o Błękitną Wstęgę Jeziora Nidzkiego, w których wystartowaliśmy raczej z czystej ciekawości. W międzyczasie na jachcie zrobiła się awaria. Awaria, która nie dyskwalifikowała jachtu z żeglugi, ale, mimo wszystko, wymagająca naprawy. Jacht zawsze staram się naprawiać samodzielnie, w domu, gdzie mam dostęp do dobrego warsztatu i wszelkich narzędzi. Jeżeli dzieje się coś poważniejszego, czego nie bardzo potrafię samodzielnie rozwiązać, to wołam zaprzyjaźnionego szkutnika.

Wiedząc, że "Żyszkoś" musi wrócić do domu zaraz powstało pytanie - dlaczego musi wracać lądem, na przyczepie? Dlaczego mam go wieźć przez 300km, skoro mogę przez kilkadziesiąt? W tym momencie stało się jasne, że spłynę Pisą i Narwią na jezioro Zegrzyńskie. Oczywiście doszedł jeszcze jeden, istotny dla mnie czynnik - od roku nie płynąłem rzeką! Tak, koniecznie trzeba było to zmienić. Szybko dogadałem się z komandorem zaprzyjaźnionego klubu - Paweł! Dziękuję! - na temat wyjęcia jachtu z wody tamtejszym dźwigiem i sprawa w zasadzie była jasna.

Pozostały do uzgodnienia dwie sprawy:

  1. skład załogi
  2. termin

Dobór załogi jest dość prosty, w moim przypadku. Rodziców mam, jeśli chodzi o takie wyprawy, nadzwyczaj zdyscyplinowanych. Oni są gotowi płynąć wszędzie o każdej porze. Tak to jest, że na kilka miesięcy przed planowanym rejsem chętnych są tabuny, a jak przychodzi co do czego to nie może nikt. Nie mam zwyczaju błagać ludzi, żeby popłynęli. Wychodzę z założenia, że "nie to nie - wasza strata". "Żyszkosiem" da się spokojnie płynąć samodzielnie. Załoga nie jest niezbędna, za to z załogą jest weselej, jest do kogo gębę otworzyć :-) Malina rwała się na ten rejs, jednak już wcześniej zaplanowała sobie urlop i zupełnie nie miała jak się wyrwać. Trudno.

Termin. Zaplanowaliśmy przyjazd do Starych Sadów na wieczór 10 września. Powód był banalny - 8 września było wesele moich przyjaciół, Karoliny i Piotra, na którym nie mogło nas nie być. :-)

Na Mazury, ze Strzybogi, zawiózł nas sąsiad Stefan. Dzięki! Na miejsce dotarliśmy 10 września wieczorem, szybko się wpakowaliśmy na jacht, a potem pobiesiadowaliśmy z Jurkiem, szefem Stanicy Żeglarskiej PZŻ w Strych Sadach.


Stare Sady nad Tałtami - port, w którym zaczęliśmy rejs w stronę domu. Od czasu do czasu na Śniardwach widuję taki ciekawy jacht, zwie się 'Amator' Przygotowania do rejsu Pisą. Kładziemy maszt, piętę masztu przenosimy na kosz dziobowy. Jacht ma byc jak najkrótszy. Maszt przeniesiony, banderka forum.mazury.info.pl jeszcze nie zdjęta. Smuga Cienia. Nie wygląda, żeby była zwodowana w tym roku.

Trasa rejsu była prosta. Ze Starych Sadów, przez jeziora Tałty, Mikołajskie, Śniardwy, Seksty, kanał Jegliński, jezioro Roś do Pisza. Tu weszliśmy na Pisę i dalej było już łatwo - byle z prądem :-) Pisą i Narwią doszliśmy do jeziora Zegrzyńskiego. Na tyle łatwa, że zapomniałem o jakiejkolwiek mapie, więc czasami, z czystej ciekawości, posiłkowałem się AutoMapą, przeznaczoną do nawigacji samochodowych. Nie, nie zabieram ze sobą nawigacji :-) AutoMapę mam na dysku komputera.

Przygotowanie jachtu:

  • ster. Wspominałem o tym we wcześniejszych relacjach - koniecznie trzeba ze sobą zabrać krótką, stalową, rzeczną płetwę sterową. Długa, laminatowa zupełnie się nie nadaje. Najdalej w Piszu należy je zamienić miejscami. Długa idzie do hundkoi, a krótką mocujemy w jarzmie. Krótką, stalową płetwę robi się bardzo łatwo. Trzeba położyć na arkuszu blachy o grubości 5-6mm płetwę laminatową, obrysować ją (a zwłaszcza jej górną część) na blasze, zaznaczyć miejsce gdzie wypada oś płetwy. Potem szlifierka kątowa w dłoń i cała naprzód! Oczywiście nowa płetwa ma być dużo krótsza od laminatowego oryginału. Moja ma od najwyższego punktu około 60cm i sprawdza się wyśmienicie. W odpowiednim (wcześniej zaznaczonym) miejscu wiercimy otwór i w zasadzie mamy prawie gotową płetwę. Płetwa musi siedzieć możliwie ciasno w jarzmie, ale nie za ciasno, ponieważ musi się swobodnie obracać wokół osi. Aby ustabilizować płetwę, czyli uniemożliwić jej kiwanie się na boki trzeba zwiększyć grubość tej części, która znajduje się w jarzmie. Uzyskamy to przyklejając grubą, plastikowa płytę do nowej, stalowej płetwy. Przekładając to na prostszy język - płetwa, po uderzeniu w podwodną przeszkodę musi "podskoczyć" na tej przeszkodzie i zaraz wrócić do poprzedniej pozycji. Przy takiej płetwie nie używamy kontrafału, jest on niepotrzebny.
  • silnik. Dobrze jest wyposażyć go w obręcz chroniącą śrubę, chociaż muszę wspomnieć, że kiedyś zdarzyło mi się "złapać" grubą gałąź między obręcz a śrubę. Mimo to jestem zwolennikiem obręczy, choćby dlatego, że chronimy dość, wbrew pozorom, delikatną śrubę przed spotkaniami z uniesioną płetwą sterową.
  • paliwo. Od Mikołajek do Ostrołęki nie spotkamy żadnej stacji benzynowej, położonej w przyzwoitej odległości od wody. W Mikołajkach, jak chyba wszyscy wiemy, jest nawodna stacja Orlen. W Ostrołęce, aby dostać się do stacji Orlen, cumujemy tuż przed pierwszym mostem drogowym (są polery, obok beznadziejnego hotelu-restauracji). Z kanistrem pod pachą wychodzimy na most, skręcamy w lewo (nie przechodzimy przez Narew) i po 300m mamy Orlen. Następna stacja blisko wody jest dopiero w Pułtusku. W Piszu i Nowogrodzie do stacji jest bardzo daleko. Jaki wziąć zapas paliwa? Cały rejs to około 30-40 godzin silnikowania. Ja na takie rejs zabieram około 55 litrów paliwa i w trakcie rejsu uzupełniam zapas. A po rejsie pozostałość wlewam w auto, więc nic nie tracę. Ilości paliwa, które podaję dotyczą dwusuwowego silnika Suzuki 9.9dt. Silnik ten jest wystarczająco mocny (może nawet trochę za mocny, ale wolę mieć nadmiar niż niedobór mocy) dla Morsa, ale też dużo pali. Dobrze jest znać swój silnik i jego potrzeby paliwowe. Tomek Janiszewski, który co roku płynie tędy w obie strony, uważa, że na swoim Orionie z czterosuwową, dwukonną Hondą potrzebuje maksymalnie 25l paliwa na rejs z Warszawy w górę i około 15 litrów na rejs w dół. Ilości, które ja zabieram może są i duże, czasem za duże, ale wolę mieć zapas paliwa (z którym mam co zrobic po rejsie) niż przygodę taką, jak w Malborku rok wcześniej.
  • maszt. Najpóźniej w Piszu trzeba maszt położyć i przenieść go tak, aby pięta masztu była ułożona na koszu dziobowym. W ten sposób skracamy jacht i nie ma niebezpieczeństwa zaczepienia topem masztu o jakieś krzaki na meandrach Pisy. Maszt w zasadzie można postawić dopiero za Pułtuskiem, na Zalewie, gdzie da się pożeglować. Oczywiście są tacy, którzy żeglują i po Pisie, i po Narwi - ja jednak uważam, że to szkoda nerwów, roboty i czasu. Napowietrzne linie energetyczne są oznakowane, ale nie wszystkie. Poza tym jakość oznakowania pozostawia wiele do życzenia, więc o tym też trzeba pamiętać decydując się na żeglugę z postawionym masztem.
  • pagaje / pych. Zdecydowanie warto zabrać. Pagaje na "Żyszkosiu" są dość długie i wystarczają, żeby na licznych płyciznach odpychać się od dna.
  • zakupy. Na szczęście nastały normalne czasy i podstawowe zakupy można zrobić w każdej napotkanej miejscowości.

Port MOS Pisz, na Pisie. Jerz to stały załogant na wyprawach rzeczno - kanałowych. Pisz - most kolejowy za rufą. Zakłady Sklejka Pisz S.A. - zdziwiło mnie, że drewno do zakładów ciągle jest spławiane w tratwach. Pisa to zakole za zakolem. Kręci niesamowicie i żadne zdjęcie z wody tego nie odda. Najlepiej obejrzeć to z powietrza.

Dzień pierwszy - 11 września 2012r.

Ze Starych Sadów ruszyliśmy około 1100. Przed nami był piękny dzień, słoneczny, ale za to bez wiatru. Na silniku przeszliśmy przez Tałty, Mikołajskie - dopiero na Śniardwach zaczęło wiać. Radością żeglowania nie mogliśmy się rozkoszować jednak zbyt długo. Zawiało i zdechło. Na żaglach przeszliśmy może 1/3 naszego największego jeziora. Na wysokości wysp zdechło znowu, uznaliśmy, komisyjnie, że dalej pójdziemy na silniku, jednocześnie szykując jacht do rejsu rzeką. Pani Kasia stanęła dzielnie za sterem, a my z panem Jerzem zajęliśmy się jachtem.

Na pierwszy ogień poszedł grot. Najpierw wyjąłem z niego listwy, skleiłem razem taśmą, związałem do kupy krawaciki będące na końcach listew i wszystko wsunąłem do bomu. Wnętrze bomu to doskonałe miejsce dla listew - są tam zabezpieczone przed ludźmi, a raczej ludzie przed listwami. Zrobione są z włókna szklanego, a odłamki tegoż uwielbiają wbijać się głęboko w skórę.

Potem wyjąłem pełzacze z masztu i wysunąłem cały żagiel z bomu. Korzystając z półpokładu złożyliśmy go w kostkę i trafił do odpowiedniego worka.

Teraz lazy jack - listwy z niego poszły do bomu, pokrowce do worka z grotem, a linki zostały zabezpieczone przy maszcie.

Po odpięciu bomu od masztu położyliśmy maszt i przywiązałem bom do masztu, blisko dziobu, tak, aby nam nie przeszkadzał w kokpicie.

W ten sposób dopłynęliśmy do Przeczki między Śniardwami a Sekstami. Tuż za nią, po lewej stronie jest ukryta w trzcinach bardzo sympatyczna zatoka, doskonałe miejsce do kąpieli. Płytko, piasek na dnie, z przyjemnością można tam wejść do wody. Zatokę tę wykorzystaliśmy jeszcze do zmiany płetwy sterowej na krótką, rzeczną, którą opisywałem wcześniej.


Sternik musi płynąć stojąc, żeby dokładnie czytać wodę, przedłużacz rumpla zdecydowanie się przydaje... ... płyniemy, generalnie, 'po zewnętrznej', czasem - jak na tym zdjęciu - dość szybko trzeba przeskoczyć spod jednego brzegu pod drugi. Ślady huraganu, który przeszedł nad Puszczą Piską w lipcu 2002 roku. Pozostawiono 475ha spustoszonego lasu, aby w ten sposób... ...zbadać samoistną sukcesję, czyli samodzielne odradzanie się lasu. Miejsce to jest dostępne nie tylko z wody, a nazywa się 'Las ochronny Szast'. Na zewnetrzną, na ploso! Czasem się przechodziło niecały metr od brzegu. Z mocno uniesionym mieczem można było uprawiać ulubiony przez niektórych 'drifting'.

Przeskok przez Seksty do kanału Jeglińskiego to chwila. Po kilkuset metrach kanału wchodzimy do śluzy Karwik. Ta śluza to niesamowity kontrast w porównaniu z Guzianką. Spokój i bardzo przydatne dalby - do nich można łatwo zacumować nabiegowo. Dalby takie na pewno ułatwiły by śluzowanie na Guziance, gdzie śluza w przekroju poprzecznym ma kształt litery V i przez to dochodzi do awantur, jeżeli "na górze" jest tłok. Operator musi za każdym razem tłumaczyć ludziom dlaczego do śluzy nie może wejść więcej jachtów, mimo że jeszcze "jest" miejsce.

6,24zł i po kilkunastu minutach mkniemy dalej. Zatrzymaliśmy się na chwilę na prysznic, w porcie "Wrota Mazur". Około 1600 weszliśmy na Pisę. Lecimy przez Pisz bez zatrzymania, ja za sterem zastanawiam się jak będzie - lekko, czy ciężko. Ile dziwnych przeszkód napotkamy na trasie? W międzyczasie, z wody, przyglądamy się miastu. Przy jednym z hoteli, na prawym brzegu rzeki jest sympatyczna przystań, ale z dość trudnym wejściem. Z kei wystają Y-bomy, ułożone prostopadle do nurtu, Wchodząc trzeba wziąć niezłą poprawkę na prąd, jednocześnie nie wolno za szybko płynąć, żeby nie przywalić w keję.

Chwilę później, też na prawym brzegu, pojawia się fabryka Sklejka Pisz S.A. I zaskoczenie - przy brzegu stoją tratwy zbudowane z pni. Byłem przekonany, że ten sposób transportu drewna do fabryki odszedł w niepamięć kilka lat temu.

Pisa zaczyna meandrować. Tak, zakręt za zakrętem. Raz po raz trafiają się nawroty po 180 stopni. I wtedy pojawia się problem. Przy ostrym skręcie w lewo odrywają się strugi wody od śruby, silnik wchodzi na wysokie obroty, jednocześnie śruba przestaje ciągnąć. Trzeba natychmiast zdjąć gaz. W efekcie tracimy prędkość i sterowność, prawie lądujemy na zewnętrznym brzegu. Trzeba wspomagać manewrowanie skręcając silnikiem. Niestety nie jest to komfortowa sytuacja.

Rozwiązanie tego problemu było jedno: zanurzyć silnik głębiej. Zgoda, ale zanurzenie silnika głębiej zwiększa niebezpieczeństwo zahaczenia nim o jakąś podwodna przeszkodę. Szukam złotego rozwiązania. Decyduję się zostawić silnik zanurzony mniej. Wolę pomanewrować silnikiem niż się go pozbawić na jakimś kamieniu. Trudno. Warto się zastanowić, na przyszły rok, nad sprzęgnięciem silnika z rumplem. Widziałem takie rozwiązania na innych jachtach i uznałem, że warto ten pomysł skopiować.

Jak trzeba płynąć po rzece, to przede wszystkim należy ciągle czytać wodę. Warto mieć dwie czy trzy pary oczu, obserwujące wodę i informujące sternika o czających się podwodnych przeszkodach. Staramy się płynąć po głębokim, po plosie, ale trzeba pamiętać o częściowo podniesionym mieczu. Z uniesionym mieczem jacht płynie trochę bokiem i ma tendencje do "wylatywania" z zakrętu na zewnątrz. Wchodząc w zakręt warto "złamać" jacht chwilę wcześniej. W samym zakręcie trzeba czasem poprowadzić dziób nad płytkim i na wyjściu ustawić jacht trochę skosem do nurtu tak, aby oddalić się od zewnętrznego brzegu. I po chwili złożyć się w podobny sposób w następny łuk.


Portów z prawdziwego zdarzenia, po drodze na Jezioro Zegrzyńskie, nie ma (poza tym w Pułtusku, przy Domu Polonii). Tak nocowaliśmy - na dziko - tuż przed Jeżami. Jeże - most. Miescowość, dość duża, znajduje się na lewym brzegu Pisy. Wincenta, kolejny most. Częsty widok - łąka i las. Pisa jest żywą rzeką, wolno płynącą. Z czasem samodzielnie prostuje niektóre zakola, tak jak to. Zapewne już w przyszłym roku będziemy płynąć tędy, a na starym szlaku zostanie starorzecze.

Tak naprawdę to nie ma jednego schematu pokonywania meandrów tak żywej rzeki jaką jest Pisa. To zupełnie co innego niż Wisła, Warta, Narew czy Noteć. Czasem wychodząc z zakrętu trzeba go dodatkowo zacieśnić, bo ploso jest blokowane przez jakiś duży konar, albo wręcz drzewo. To co napisałem wcześniej to taki "skrócony wstęp do ogólnego zarysu podstaw".

Uważam, że każdy da radę, nie ma się czego bać. Trzeba mieć tylko trochę wyobraźni, żeby przewidzieć jak może się zachować jacht.

Podziwiamy piękny, jesienny, ale młody las rosnący na obu brzegach rzeki. To efekty huraganu, który przeszedł nad Puszczą Piską w lipcu 2002 roku. Po 1800 mijamy ciekawe miejsce - rezerwat "Szast", gdzie prowadzone są badania nad samoistną sukcesją, czyli nad samodzielnym odradzaniem się lasu po szkodach spowodowanych przez wiatr. Widać liczne pnie drzew, złamane w połowie, teraz uschnięte, dające dowód na to, co się tu działo te 10 lat temu.

Zaczynamy się rozglądać za miejscem do nocowania. Nie potrzebujemy wiele - chcemy znaleźć prosty odcinek rzeki, z w miarę wygodnym zejściem i jakimś drzewem, do którego uda nam się zacumować.

W końcu znajdujemy takie miejsce, kawałek przed Jeżami. Stanęliśmy przy lewym brzegu rzeki, oczywiście pod prąd. Na rzece zawsze cumujemy pod prąd. Jest zdecydowanie łatwiej, jeżeli możemy płynąć naprzód stojąc względem dna. Manewry wtedy są dużo łatwiejsze.

Noc mija spokojnie, padliśmy spać zaraz po tym, jak się ściemniło.


Tu widać, że żeby znaleźć się z drugiej strony miejsca przerwania brzegu musieliśmy płynąć 3 minuty, gdy po prostej wystarczyłyby 3 sekundy. Zza kolejnego zakrętu wyłania się most w Ptakach. Zaraz za mostem jest pole biwakowe z pływającymi pomostami. Miejsce wygląda ciekawie, ale teraz już było raczej nieczynne. Wydaje się być dobrym miejscem do zatrzymania dla kogoś, kto zaczyna rejs rzeką w Piszu. O, tu trochę widać jak kręci Pisa :-) Jest niesamowita pod tym względem. Kawa i herbata mają swoje prawa. Czasem trzeba się zatrzymać. Zawsze pod prąd i na kawałku prostej.

Dzień drugi - 12 września 2012r.

 

Na takich rejsach, jesiennych, samotnych (oczywiście pod względem liczby jachtów) sypia się wręcz przerażająco długo. Idzie się spać "z kurami", wstaje 7 - 8 rano. Tak też stało się i tym razem - na nogach byliśmy niewiele przed ósmą.

Ruszyliśmy przed dziewiątą, po obfitym śniadaniu, które dla nas jest podstawą egzystencji. Pogoda dopisywała, słońce. Po chwili za nami, po lewej burcie, zostały Jeże, 20 minut później most we wsi Wincenta, leżącej też na lewym brzegu. Po lewej stronie Pisy, raz bliżej, raz dalej, ciągnie się droga nr 63, którą tak wiele razy dojeżdżałem do Giżycka, jadąc przez Warszawę.

Łąki, wsie, lasy - tak, tu zdecydowanie już wypłynęliśmy z Puszczy Piskiej. Od czasu do czasu na horyzoncie widać wsie, osady, zdecydowanie więcej życia i "cywilizacji". W międzyczasie kolejny most i miejscowość Kozioł.

Pisa jest piękną rzeką, pierwotną, nie uregulowaną. Niewielki wpływ na poziom Pisy mają dwa jazy: jeden przy śluzie Karwik, drugi w Kwiku na południowo-wschodnim brzegu Śniardw. Głębokość jest bardzo zmienna; w jednych miejscach można ją mierzyć w centymetrach, a w innych w metrach. Dla nas najważniejsze to "czytać" wodę i trzymać się zewnętrznej licznych zakrętów.

Na zakolach doskonale widać jak przebiega erozja boczna, jak rzeka "wgryza" się w brzeg, jak zakole się powiększa, tak długo, aż połączy się z następnym zakolem i w ten sposób "wyprostuje" rzekę. Takie właśnie miejsce minęliśmy około 1030. Pisa całkiem niedawno połączyła dwa zakola, a nowe, tworzące się koryto, z bardzo wartkim nurtem, jeszcze się nie nadawało do żeglugi. Pewnie już w przyszłym roku będziemy płynąć krótszą drogą, a stare koryto, z czasem odcięte do rzeki, stworzy starorzecze, które z czasem zarośnie i w ogóle znikną ślady po niedawnej drodze wodnej. Ot, normalna procedura, życie. Woda wraz z czasem potrafią robić różne dziwne sztuki, ot taki wodospad Niagara cofnął się już o 11km, w ciągu zaledwie 12 tysięcy lat swojego istnienia.

Tuż przed 1100 przechodzimy przez Ptaki. To jedyna miejscowość nad Pisą, w której jest przystań z polem namiotowym. Przystań jest wyposażona w pływające pomosty, zachęcające do cumowania, ustawione wzdłuż brzegu. Rezygnujemy z postoju i płyniemy dalej.


Urwisko na zakolu, częsty widok. Łatwo się domyslić, gdzie jest głeboko, prawda? W lewo od krowy mamy kolejny most. Żeby do niego dopłynąć musimy skręcić w prawo, w lewo, w prawo, w lewo, w lewo, w prawo, i tak jeszcze kilka razy i w końcu przejdziemy pod mostem na Pisie w Cieciorach. Kamienny raj. Jak to było? O tak: de gustibus non est disputandum. Dobry las. Zaraz za mostem w Dobrym Lesie jest wypłycenie i oznakowana, kamienna rafa. Czasem trafiają się takie niby keje, na wyraźnie prywatnych działkach. Kolejna, krótka przerwa w rejsie.

Przez następne 2,5 godziny mamy w zasadzie brak nabrzeżnych atrakcji. Pisa wije się wśród pól i łąk, gdzieś na horyzoncie widać wsie i lasy. Od czasu do czasu widać koparkę kopiącą staw. Dziko żyjącej zwierzyny jest niewiele, zaraz za Piszem natknęliśmy się na dwie łanie, widać trochę ptaków, sporo jest czapli, czasem trafia się drapieżnik.

1330 - most w Dobrym Lesie. Zaraz za mostem zaczyna się, co najważniejsze oznakowana, "rafa kamienna". Wypłycenie to ma kilkaset metrów długości. Wyłączamy silnik, podnosimy do końca miecz i pomagając sobie pagajami przechodzimy nad kamieniami. Jest rzeczywiście płytko, i zastanawiam się jak przeszły kiedyś tędy całkiem duże statki.

Oznakowania jako takiego na Pisie brak. Na 80 km rzeki praktycznie tylko ta rafa jest w jakikolwiek sposób oznakowana.

Godzinę później - przerwa na kawę. Cumowanie do brzegu jest łatwe. Zawsze wybieram w takim wypadku brzeg z niewysoka skarpą, żeby nie oprzeć się dnem jachtu o dno rzeki , a skarpa zdecydowanie ułatwia schodzenie z dziobu.

1515 - most w Nowogrodzie, wyremontowany, a w zasadzie zbudowany od nowa. Chyba wszystkie mosty na Pisie spotkał taki los w ciągu ostatnich kilku lat. Poprzednim razem Pisą i Narwią spływałem 12 lat temu, we wrześniu 2000r. Mosty, poza jednym, były drewniane. Teraz mamy stalowo - betonowe.

8 minut później - dokładnie o 1523 wyszliśmy na Narew. Duża rzeka, nie da się ukryć, natychmiast zaczęliśmy ją porównywać do Warty. Zagospodarowanie - identyczne, łatwo porównuje się coś, czego nie ma. Szerokość - na oko taka sama. Długość - prawie ;-) - 808 Narwi vs 484 km Warty. Głębokość...


Urok Pisy i niespodzianki czające się w wodzie. Ostatni most na Pisie, w Morgownikach koło Nowogrodu. Pamiętam, że jak płynąłem Pisą poprzednim razem, w 2000 roku, to większość mostów była drewniana. Ostatnie metry Pisy, wychodzimy na Narew. Mieliśmy złudne nadzieje, że na Narwi, na większej rzece, będzie spokojniej... Nic z tego, most w Nowogrodzie.. Zadowolona Pani Kasia, Narew poniżej Nowogrodu. O, nawet znak informacyjny o napowietrznej linii energetycznej się załapał!

O, naiwni!!! Myśleliśmy, że tu się skończą kłopoty z uderzaniem mieczem i sterem o przeszkody leżące na dnie rzeki. Łup! Łubudu! Bam! i tym podobne dźwięki na Narwi są normą. Na Pisie haczyliśmy o coś od czasu do czasu. A tu jest odwrotnie. Do tych dźwięków, jeżących na początku włosy na plecach, ze strachu, po prostu trzeba się przyzwyczaić. Delikatna, laminatowa, płetwa sterowa na Narwi to porażka, najprawdopodobniej zostanie uszkodzona. Po drodze wyprzedziliśmy Sasankę, która cały czas płynęła z uniesioną płetwą sterową. Komfortowe to na pewno nie było.

Kamienie, wypłycenia, leżące na dnie Narwi konary to nic nadzwyczajnego. Trzeba przyznać, że wiele z nich było oznakowanych ale były nawet tam, gdzie teoretycznie nie powinno ich być. Muszę przyznać, że ani razu nie uderzyliśmy o taką przeszkodę kadłubem co zdecydowanie jest zasługą niewielkiego zanurzenia Morsa. Przeszkody na tak niewielkiej głębokości (20-30 cm), przy dość szybkim nurcie, zostawiają ślad na powierzchni. A więc znowu konieczna jest uważna obserwacja i czytanie wody.

Wypłycenia - przemiały, przykosy, czy jak je tam zwał - trafiają się bardzo często. Najczęściej można się ich spodziewać na prostych odcinkach rzeki, gdzie jednocześnie rzeka zwiększa swoją szerokość. Jakie są objawy wpłynięcia w takie miejsce:

  • silnik zmienia ton. Niewiele, ale szybko dochodzi się do wprawy w rozpoznawaniu, kiedy zwiększa się jego obciążenie. Zaczyna warczeć "grubiej", zdecydowanie słychać, że ma więcej pracy do wykonania.
  • Jacht odrobinę zwalnia.
  • Unosi się dziób, zwiększa zanurzenie na rufie
  • Za rufą pojawia się fala, dużo wyższa od tej wywołanej ruchem jachtu po "normalnej" wodzie.
  • Trzeba bardzo pilnować, żeby silnik nie spotkał się z dnem. Takie uderzenie może narobić szkód. Dlatego na chyba na większości takich miejsc po prostu wyłączałem silnik i płynęliśmy z prądem, lekko wspomagając się pagajami. W prosty sposób umożliwiłem sobie łatwe i, co najważniejsze, szybkie awaryjne wyłączeni silnika. Do zrywki przywiązałem długi krawat, którego drugi koniec uwiązałem do masztu. Krawat sobie luźno zwisał, a silnik wyłączało się tylko przez machnięcie ręką, bez nerwowego schylania się i szukania zrywki. Kilka razy udało mi się wyłączyć silnik niechcący zaczepiając o krawat. Takie wyłączenie powodowało krótkotrwały "zawał", ale wole taki "zawał" niż uszkodzoną spodzinę.

Jak tylko Narew zrobi się szeroka to można się spodziewać, że będzie płytko, czasem bardzo płytko. Pierwsze objawy są takie, że na płynącym jachcie pojawia się przegłębienie na rufę i rosną fale wytwarzane przez jacht. Dokładnie jak na tym zdjęciu. Dolina Narwii. Las dopiero gdzieś na horyzoncie. Na maps.google.pl dobrze widać (mimo słabej jakości zdjęć), którędy kiedyś płynęły te rzeki. Prom dolnolinowy w Rybakach. Od czasu do czasu takie sie trafiają, niestety jest ich coraz mniej. Dymiący komin oznacza, że zbliżamy się do Ostrołęki. A komin to albo celuloza, albo elektrownia. Widać też, że pogoda... ... się zmienia. Cieszymy się tylko, że nie płyniemy pod wiatr.

Oznakowanie. Od Nowogrodu do Różana Narew jest oznakowana zielonymi i czerwonymi tykami, od Różana w dół - odpowiednimi bojami. W czasie żeglugi oczywiście sugerujemy się znakami, ale nie spodziewajmy się, że one są nieomylne. Nie raz, nie dwa uderzymy o coś dokładnie w bramce, dokładnie między tykami. Poza tykami napotkamy słupki kilometrowe i znaki informujące o wysokości, napotkanych po drodze, napowietrznych linii energetycznych. Zaufania, zwłaszcza do tych ostatnich nie mam za grosz, gdybym próbował płynąć z postawionym masztem, to na pewno kładłbym go przed każdą linią.

Na Narew wyszliśmy w okolicach jej 180 km i, wraz z prądem, pogoniliśmy w dół rzeki. Rzeka szeroko rozlewa się po nizinie. Niskie brzegi na pewno są zalewane wiosną, a pomimo tego niedaleko brzegu widać domki i altanki letniskowe. Gratulujemy właścicielom braku wyobraźni. Pomiędzy rzadkimi trawami prześwitują łachy piasku (Kurpie!), rosną pojedyncze jałowce. Las pojawia się gdzieś na horyzoncie.

Po 1700 zaczyna być widać Ostrołękę, czyli dymiący komin albo elektrowni, albo zakładów celulozowych. Wszystko mi jedno który to, proszę sobie wybrać :-)

Nad Ostrołęką widać czarne chmury. Wkrótce zaczyna lać, ale tak solidnie. Zakładamy sztormiaki, na szczęście płyniemy z wiatrem, więc nie zacina nam w twarz. Przechodzimy obok zakładów celulozowych, obok elektrowni. W pewnym momencie znad drzew zaczyna wystawać żółta, bardzo charakterystyczna litera M - nieomylny znak, że zbliżamy się do "cywilizacji".

Jeszcze kilkanaście minut i przed nami wyłonił się pierwszy most (z trzech) w Ostrołęce. Lewy brzeg, tuż przed tym mostem, jest umocniony. Długie, dobrze ponad 100-metrowe nabrzeże, zachęca do cumowania, tylko... No właśnie. Kiedyś do nabrzeża były umocowane pionowe, drewniane belki. Wszyscy wiemy, że proces biodegradacji postępuje, jedne materiały znikają szybciej, inne wolniej. Zgodnie z tym procesem drewno zniknęło, pozostały jedynie wystające metalowe śruby... Praktycznie na całej długości nabrzeża, co tym samym praktycznie uniemożliwia cumowanie jachtom ze względu na możliwość poważnego uszkodzenia burty. Trzeba znaleźć takie miejsce, gdzie są resztki belek i tam ostrożnie zacumować.

Na tym samym brzegu, tuż przed mostem, jest hotel i restauracja "Nad Narwią". Dla szefów tego przybytku wodniacy są raczej wrogiem niż potencjalnym klientem. Z toalety skorzystać nie wolno, nie mówiąc już o prysznicu, a w ogóle to najlepiej do budynku nie wchodzić, bo się pobrudzi. Absolutnie nie mówię tu o świadczeniu takich usług za darmo. Chcieliśmy płacić. Cóż, nie da się. Nie to nie, obiadu też nie zjedliśmy. Śniadania rano też, choć jedno i drugie chodziło za nami przed przypłynięciem do Ostrołęki.

Informacja dla desperatów. Najbliższy prysznic to pływalnia miejska, przy ulicy W. Witosa. Dość daleko, warto wziąć taksówkę. I klapki - bez klapek nie wpuszczą, od szatni trzeba zasuwać boso.

Paliwo. Dla odmiany zakup tego w Ostrołęce jest łatwy. Z kanistrem w ręku dochodzimy do mostu, tuż przed nim w lewo (nie przechodząc na druga stronę Narwi) i po 300m mamy taki mały Orlen.

Sklep spożywczy, taki podstawowy, jest niewiele dalej.


Nocowanie w Ostrołęce, tuż przed starym mostem. Jest to praktycznie jedyne miejsce, gdzie można się zatrzymać. Obok jest Hotel nad Narwią, ale do toalety nie wpuszczają. Nawet za pieniądze. O prysznicu nie wspomnę. Cóż, wodniacy widać są wrogami, obiadokolację zjedliśmy na jachcie, a nie w tej knajpie. Zimno - Ostrołęka za nami, w termokubku - kawa :-) Zarośnięty, nieprzyjazny port w Ostrołęce. A jest to prawie gotowe miejsce na jakąś marinę. Ciekawe, czy władze Ostrołęki kiedyś do tego dojrzeją. Jacht motorowy Weekend 820 z Galindii idzie 'pod górę'. Załoga ta odbywa właśnie ponad tygodniowy rejs z Kazimierza Dolnego do Giżycka. Ostrołęka, most kolejowy nad Narwią, na linii Ostrołęka-Szczytno. Ostatni pociąg pasażerski przejechał tędy w czerwcu 2001r.

Dzień trzeci - 13 września 2012r.

Zimno! Bardzo zimno! I wilgotno! Zamiast się wściekać trzeba spojrzeć w kalendarz i... a, wiadomo - w zasadzie już jesień no i trzynasty. No tak, tak ma być.

Rano krótka wycieczka po paliwo, drobne zakupy i około 0930 posilnikowaliśmy dalej. Ostrołęka to okolice 147 kilometra Narwi. Myślimy, żeby dzisiaj dojść do Pułtuska. Zobaczymy jak będzie nam szło. Wczoraj ponad 30 km zrobiliśmy w 3 godziny, co dało nam średnią trochę ponad 10km/h. Zupełnie przyzwoita prędkość.

Po lewej burcie zostaje port żeglugi śródlądowej. Port - w połowie zarośnięty, z jakąś samotną barką, pchaczem, czy holownikiem... Całość robi zdecydowanie przygnębiające wrażenie.

Chwilę później wymijamy się z jachtem motorowym Weekend 820 z firmy Galindia na trasie z Kazimierza Dolnego nad Wisła do Giżycka. Piękny rejs, TUTAJ znajdziecie krótką fotorelację.

Tuż przed 1000 kolejna atrakcja, czyli piękny, kratownicowy, kolejowy most nad Narwią. Linia oczywiście jest nieczynna, od 2002 roku.

Zaraz za mostem kolejne resztki jakichś zakładów. Charakterystyczne krzaki, zarastające teren po czymś i kawałek umocnionego kiedyś nabrzeża, z polerami nawet. Jak to w "portach" na naszych śródlądowych drogach wodnych wszystko nadaje się do niczego.

Płyniemy. Zimno. Kakao rozgrzewa. Na krótko. Mielizna też rozgrzewa. Na takiej szybko trzeba wyłączyć silnik, złapać za pagaje i chwilę nimi popracować. Miejscami jest tak płytko, że w wodzie zanurza się niecałe pióro.


Narew poniżej Ostrołęki. To był jeden z zimniejszych dni tego sezonu, które spędziłem na wodzie. Narew. Szeroko, ale płytko :-( Pani Kasia i 'kuchnia wyda'. Kawa, herbata, kuchenka, woda bieżąca, wszystko na miejscu :-) Mielocha! A może przemiał? Wszystko jedno, bardzo, bardzo płytko. Obok mojej głowy wisi zielone krawacik służacy do szybkiego, awaryjnego wyłączania silnika.

Znowu na brzegach rzeki widać niewielkie domki, typowo letniskowe. Zastanawiamy się, czy te domy wiosną zamieniają się w łodzie.

1200 - Różan. Kilka kilometrów przed Różanem Narew zawraca, na krótko, ale zawraca. Wtedy, kolejny raz w czasie rejsu, przekonujemy się, jakie mamy szczęście płynąc z wiatrem. Po pierwszym zakręcie, 180 stopniowym, przez chwilę płyniemy pod wiatr i wtedy się dowiadujemy jak jest zimno. Na szczęście po chwili jest kolejny taki sam długi zakręt i wracamy na poprzedni kurs. Uff.

Kolejne kilometry i trafiamy na dwie moje ulubione miejscowości - Dzbądz na prawym i Dzbądzek na lewym brzegu. Nazwy są genialne. :-)

Co kilka kilometrów trafiają się "rozkosze" w postaci przechodzenia przez przemiał, łomot od miecza i płetwy sterowej szurających po kamieniach.

Na 97 kilometrze, na prawym brzegu - krótki postój. Kakao i kawa mają swoje prawa :-)

O 1430 na prawym brzegu oglądamy kopalnię piasku w Gnojnie. Góry piachu wypłukiwane z Narwi, a wcześniej przez nią naniesione, robią wrażenie. Gnojno to zarazem ostatnie kilometry przed Pułtuskiem. Chcemy się zatrzymać w porcie przy domu Polonii. Port ten ma zupełnie dobrą opinię w środowisku żeglarskim, i jest co najważniejsze, bezpieczny.


Spojrzenie za rufę. Po falach widać, że głeboko nie jest. Na Warcie, dwa lata temu,  było o niebo spokojniej. Jedno z takich miejsc, w których nie wiem którędy płynąć. Prawą? Lewą? Środkiem? Tu wybrałem prawą. Wysoki brzeg pozwala wydedukować, że dno szybciej opada. Uśmiechnięta Pani Kasia :-) Całe szczęście, że tego dnia płynęliśmy z wiatrem.  Tuż przed Różanem Narew robi dwa zakręty po 180 stopni i... ... wtedy okazało się jak zimno jest idąc pod wiatr. Na zdjęciu most w Różanie. Za Różanem pojawiają się pierwsze boje szlakowe, wcześniej były zielone i czerwone tyki. Mielismy nadzieję, że od Różana będzie spokojniej. Gdzie tam! ...

Przed 1600 zaczęło padać i w deszczu weszliśmy do Pułtuska. O której dokładnie? Nikt z nas już nie wie. Zatrzymaliśmy się z samego brzegu portu, przy betonowym falochronie.

W porcie nie napotkaliśmy żywego ducha. :-) Poszedłem do recepcji hotelu zapytać się, czy możemy stać. Taki mam zwyczaj, że zawsze, we wszystkich portach szukam gospodarza i pytam czy możemy stać tu gdzie stanęliśmy. Czasem bosman prosi o przestawienie jachtu, czasem mówi "a stójcie". Zawsze chcę się od razu rozliczyć za postój, żeby następnego dnia mieć święty spokój przed wypłynięciem. Nigdy nie wypływam z portu bez uregulowania należności, uważam, że celowe unikanie tych opłat ("płyniemy bo idzie po kasę!") to zwykłe złodziejstwo. Szukania gospodarza daruję sobie w takich miejscach jak np. Sztynort, gdzie wiem, że na pewno ktoś przyjdzie. Jeżeli uważam, że gdzieś jest za drogo, to po prostu tam nie pływam. Nie mam obowiązku. Ale też bardzo źle reaguję, jak przychodzi jakiś osobnik i się drze "opłata portowa" zanim na spokojnie skończę cumowanie.

Trafiłem do recepcji hotelu. Pani się bardzo zdziwiła, że nie ma bosmana. Zadzwoniła do niego, po krótki komunikat "a niech stoją". Na tym skończyła się procedura meldowania w porcie. Obeszło się bez żadnych opłat. W zamian musieliśmy zasuwać dość długi kawałek i do tego pod górkę, aby skorzystać z toalet. Najbliższe były w zamku, w hotelu. Te blisko portu były pozamykane. Cóż, jesień, coś za coś :-)

Wieczorem do portu wpłynęła jeszcze Sasanka, którą wcześniej wyprzedziliśmy gdzieś na Narwi.

Przed nami była najzimniejsza noc. Kilka stopni powyżej zera, połączone z dużą wilgotnością powodują, że pobyt na jachcie nie jest najprzyjemniejszy. Cóż, owinęliśmy się w śpiwory i poszliśmy spać.


... pióro pagaja opiera się o dno. Narew poniżej Różana. Wyspy, kamienie, wszystkie atrakcje pod jednym dachem. Prom w Dzbądzu. Dostaniemy się nim do Dzbądzka. No dobra, nie jestem pewien, czy tam jest prom. Rozwalają mnie te dwie nazwy :D Szkoda, że nie ma pociągu do Dzbądzka przez Dzbądz, zapowiedź nagrałbym na telefon jako dzwonek. A cwaniakuję, bo jestem Żyszkowski ze Strzybogi. :) Zimno! Zachciało nam się kakao, więc grzejemy mleko, które zaraz wykipi. Dlatego uważam, że gotowanie nie powinno się odbywać w mesie. Kopalnia piasku w Gnojnie, kilka kilometrów przed Pułtuskiem.

Dzień czwarty - 14 września 2012r.

 

Pobudka. Brrrrrrrrrrr, jak zimno. Aż nie chce się wyjść spod śpiwora. Mokro, kapie nam na łby ze wszystkich śrubek, które przechodzą przez pokład. Cóż, trzeba się przełamać i zacząć funkcjonować.

Wyszedłem z jachtu i... prawie mi szyję rozerwało z zazdrości. Usłyszałem bardzo charakterystyczny dźwięk, bardzo dobrze znany zwłaszcza kierowcom ciężarówek. Takie ciągłe szszszszszszszszszszszszszsz..... Zimą, nocami, nad parkingami z ciężarowymi autami unosi się bez przerwy. A niektóre to huczą co najmniej tak, jak TU154M przy starcie. Tak, to ogrzewanie stacjonarne, tak zwane webasto. Dźwięk ten wydobywał się ze wspomnianej już Sasanki. Tak, załoga tego jachtu miała sucho i ciepło. My - zimno i wilgotno. Cóż, teraz mam całą zimę na rozmyślania gdzie kupić kompletne ogrzewanie i gdzie je zamontować na jachcie. A, i jak je rozprowadzić po wnętrzu. Wolałbym tylko, żeby to było ogrzewanie na ropę, która jest znacznie bezpieczniejsza od benzyny. Ale to przyszłość.

Z Załogą Sasanki miło się przywitaliśmy, wymieniliśmy uwagami na temat rejsu.

Zamglony poranek był niesamowity pod wieloma względami. Niski komfort, jeśli chodzi o temperaturę to jedno, ale za to widoki... Klękajcie narody. Mgła, woda, wszystko połączone z jesienią... Bajka.

Cumy oddaliśmy po dziewiątej. Pierwszy most, pod którym przeszliśmy tego dnia, to dobrze znany wszystkim mieszkańcom Pułtuska tzw. most "bujany". W zasadzie jest to kładka dla pieszych nad Narwią, która ma tą ciekawą cechę, że łatwo ją wprowadzić w charakterystyczne drgania i po prostu buja się pod nogami :-)

Dalej - most z drogą nr 618 Pułtusk - Wyszków. Wielokrotnie spotkałem się z opiniami, że sztuczne jezioro Zegrzyńskie zaczyna się właśnie tutaj. Nie będę rozstrzygał, czy ta teoria jest słuszna, czy nie, ważne, że tu można spokojnie przypłynąć na żaglach, bez kładzenia masztu (poza jednym, w Wierzbicy koło Serocka).


Wieczorna czytelnia. Tak, na rejsach o tej porze roku o godzinie 19 kładzie się człowiek do koi. Ciemno, zimno, co tu robić? Raczej chłodny poranek w Pułtusku, w porcie przy Domu Polonii. I kto wymyśli takie widoki? I gdzie? Tylko Matka Natura w Polsce :-) Most drogowy w Pułtusku, zaraz za nim jest most z jakims rurociągiem. A chwilę wcześniej przeszliśmy pod mostem 'bujanym'. Narew poniżej Pułtuska. Tu juz raczej w nic nie przydzwonimy mieczem czy sterem.

Wiedzieliśmy, że rejs mamy skończyć w Jadwisinie, w przystani ŚKŻ Dolomit. Mieliśmy szansę dojść tam około południa, tylko co dalej? Jak dostać się do domu? To był piątek, 14 września, tak więc znajomi, z którymi ewentualnie mieliśmy wracać do domu byli w pracy... No tak, piątek, praca co najmniej do 16, wyjazd z Warszawy, dotrzeć do Jadwisina, zrobi się najwcześniej 18... Ale nastąpiło nagłe olśnienie - Romek! Jest szansa, że po pierwsze ma wolne, a po drugie jest w Nieporęcie. Telefon i... bingo! Jest, ale musi wyjechać najpóźniej o 14, żeby zdążyć do pracy. Damy radę. Zostawimy Romka w pracy, poleci tam, gdzie mu każą (jest pilotem PLL LOT) , a my jego autem pojedziemy do domu. Taki plan zrealizowaliśmy, dziękujemy, Romku!

Z każdą chwilą robiło się coraz cieplej. Rano założyliśmy na siebie wszystko co ciepłe, ale już wkrótce wyszło słońce i robiło się coraz cieplej, tak, że mogliśmy się chociaż trochę rozebrać, co umożliwiło nam poruszanie się po jachcie.

Spotykaliśmy coraz więcej jachtów, zarówno żaglowych jak i motorowych. Załogi z nich powoli zaczynały budzić się do życia, wychodziły do kokpitów, na słońce, zaczynały myśleć o dzisiejszym żeglowaniu.

Tuż przed 1200 zacumowaliśmy w ŚKŻ Dolomit. Koniec rejsu. Szybkie wypakowanie i zostało nam tylko przyjechać na miejsce i zabrać do domu jacht, co zrobiliśmy następnego dnia.


Ciepło nie było. Najpierw pozakładaliśmy na siebie niemalże wszystko, potem powoli robiło się coraz cieplej. Stado gawronów nad Narwią. Niby nic, ale było ich chyba pierdyliard. Jezioro Zegrzyńskie, nazywane również Zalewem Zegrzyńskim. Przed nami most w Wierzbicy.

Jaki jest taki spływ, taki rejs? Na pewno łatwy, na pewno krótki. Na pewno mogę go polecić osobom, które chciałyby poznać urok żeglugi rzecznej, nawet tylko na silniku. To może być doskonały przedsmak tego, co nas czeka na Warcie, czy Wiśle.

Problemem może być jacht. Obawiam się, że trzeba mieć własny (niewiele firm czarterowych może być zainteresowanych wynajęciem jachtu gdzieś na Mazurach, a odebraniem go gdzieś nad jeziorem Zegrzyńskim). Polecałbym raczej szukanie jachtu typowo motorowego (np. jak ten z Galindii, który jest na zdjęciach) i rejs w obie strony.

A jak już znajdziemy jacht to robimy zakupy, niewielkie zapasy, paliwo i wio! Nie ma się nad czym zastanawiać. Najważniejsze, to patrzeć na wodę, próbować znaleźć czające się na nas przeszkody i pamiętajmy, żeby nie płynąć zbyt wolno względem wody. I wszystko! - do zobaczenia!

A jeśli macie jakieś pytania - mailujcie, dzwońcie, postaram się na nie sensownie odpowiedzieć (tylko o ludzkich porach, proszę :-)).

Adam Żyszkowski, adam(maupaantyspamowa)wdal.pl, tel: +48 606 247 270

Poprawiane: piątek, 11 stycznia 2013 11:30

Zobacz także

komentarze

0 Andrzej 2013-02-24 15:52 #1
Witam.
Generalnie bardzo fajna relacja ale niestety brak jest w niej jakiejkolwiek informacji o stanie wody na Pisie i Narwi(można sprawdzić w internecie na stronie IMGW).Pływam tę trasą od 40 lat i generalnie nikomu nie polecam płynąć przy niższym stanie wody w Ostrołęce jak 50 cm dla jachtów typu Orion.
Trzeba dodać że na pierwszy raz zdecydowanie polecam trasę w górę rzek ze względu na niższa prędkość jachtu.
+1 Karol z Krakowa 2013-12-23 23:16 #2
Coś pięknego..zazdroszczę całym sercem! :)
-3 Karol Bytner 2014-07-20 21:46 #3
W tym roku( lipiec) ruszyłem z zalewu aż na 185km, bez kamieni się nie obeszło . Śruba fatalnie wygladała ale widoki bajka, pogoda rownież:)) z rybami fatalnie.
Serdeczności!
na górę