poniedziałek, 23 lipca 2012 14:04
Oceń artykuł
(4 głosów)

Rejs pięcioma rzekami

Zaczęliśmy 14 lipca 2012 w Cigacicach. Odra, jak zwykle leniwie toczyła swoje wody. Było prawie pezwietrznie, choć zachmurzone niebo nie dawało jakoś nadziei na dobrą pogodę. Popłynęliśmy, kierując się w stronę Torunia, który stał się celem naszej podróży.

Kucyk dzielnie pruł wodę idąc w dół rzeki. W Gostchorzu, jakieś sześć kilometrów przed Krosnem zaczęło szkwaliście wiać. Zachodni wiatr, wiejący pod prąd rzeki, wzniecał na niej strome fale dochodzące do pół metra. Stało się niemiło. Kucyk szarpany porywami wiatru, unoszony na pofalowanej wodzie miotał się od brzegu do brzegu, stwarzając problemy sternikowi. Pora była obiadowa, więc i kuk miał(a) kłopoty z utrzymaniem garnków na kuchence. Za mostem w Krośnie wiatr stał się tak silny, a woda tak pofalowana, że dalsze płynięcie stało się niebezpieczne. Potwierdził to fakt utraty dwóch dwudziestolitrowych worków do grzania wody, które wiatr zwiał nam z dachu sterówki. Zrobiliśmy więc zwrot i przycupnęliśmy przy wysokim brzegu, który skutecznie osłaniał nas od wiatru. Po trzech godzinach postoju popłynęliśmy dalej. Dopiero wieczorem dowiedzieliśmy się, że w Borach Tucholskich trąba powietrzna zniszczyła znaczną połać lasu a w innych częściach kraju, szkwalisty wiatr powodował ogromne straty. U nas skończyło się na szczęście tylko utratą tych worków. Płynąc, śledziliśmy nurt, wypatrując naszej zguby. Nie udało nam się ich znaleźć.

 

Kucyk napędzany jest silnikiem zaburtowym Honda 30 KM. Na odcinku z Cigacic do Kostrzyna, spalił średnio 1,4 litra paliwa na godzinę. Wystarczyło nam więc 20 litrów benzyny na pokonanie pawie 150 kilometrowego odcinka Odry. Wpływając w Wartę podnieśliśmy obroty do trzech tysięcy. Spalanie wzrosło do 2,2 litra na godzinę. Warta, na odcinku z Kostrzyna do Santoka, okazała się głębsza od Odry. Brzegi trawiaste, z wypasioną przez krowy trawą, zachęcały do przybicia. Zatrzymaliśmy się przy jednym z nich, na 37 km rzeki na nocleg. Było cicho i spokojnie, tylko w dali słychać było muczenie krów i poszczekiwanie jakiegoś burka. W nocy spadł ulewny deszcz. Poranne słońce oświetlało wesoło świat. Po nocnej ulewie pozostał tylko mokry pokład jachtu. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Czekał na nas Gorzów. Piękne miasto! Od strony wody prezentuje się rzeczywiście imponująco. Nadrzeczne bulwary przyciągają liczne rzesze spacerowiczów i widać, że stały się ulubionym miejscem spotkań Gorzowian. My też skorzystaliśmy z gościnnego brzegu bulwaru. Pozostaliśmy w mieście kilkanaście godzin, poświęcając czas na jego zwiedzanie i pozostawiając w nim część naszych pieniędzy. Reklama, jak widać jest dźwignią handlu. Sprawdza się stare porzekadło.

 

Z Gorzowa do Santoka płynie się około dwóch godzin. Widoki są fantastyczne! Pofałdowany teren, usiany morenowymi wzgórzami zachęcił wielu do postawienia tu swoich domostw. Domki przecudne, przycupnięte przy stokach wzgórz, wyglądają niczym grzybki porastające omszały pień drzewa. U podnóża wzgórz wije się droga oraz linia kolejowa. Dzieło wieńczy Warta, która toczy swoje połyskujące w słońcu wody wzdłuż doliny Eberswaldzko – Konińskiej. Iście sielskie widoki!

 

Santok, prastary gród, usytuowany w widłach rzek Warty i Noteci zachęca do odwiedzin. Przy ujściu Noteci do Warty wybudowano niedawno przystań dla statków i łodzi, niestety po latach cały teren nieco podupadł i choć nadal można skorzystać tu z prysznica, pozostawić śmieci i nabrać wody, to z punktu widzenia potencjalnego turysty, coraz więcej rzeczy pozostawia wiele do życzenia. Widać tu brak konkretnego opiekuna. Noteć zaskakuje szybkością nurtu, który jest tu szybszy niż nurt Warty. Prędkość łodzi spada o jeden kilometr na godzinę, by po kilku kilometrach, ,kiedy rzeka się nieco poszerzy, wrócić do 6 km/h. Pogoda nadal nas nie rozpieszcza. Przelotne opady nękają nas na przemian ze szkwalistym wiatrem. Na szczęście wiatr jest pomyślny i popycha łódź. Zawzięliśmy się by dopłynąć do Drawska. Po drodze mamy pierwszą ze śluz na szlaku – śluzę Krzyż. Podpływamy, jest godzina 17, 25 Wołam przez radio. Cisza. Daję znaki syreną. Brak jakiejkolwiek reakcji. Przybijam więc do wybetonowanego nabrzeża, ryzykując porysowanie laminatowego kadłuba i z obawą przed atakiem jakichś psów idę do domu śluzowego. Otwiera mi starsza pani i na moje: „ Dzień dobry, chciałbym się prześluzować” odpowiada najpierw: ale już jest chyba po czasie, ale spogląda przy tym na zegarek i mówi: Zaraz zawołam synową. Pani przychodzi po chwili i przynagla, bo nad nami wisi czarna chmura, z której ani chybi spadnie rzęsisty deszcz. Wchodzimy do śluzy i podaję pani przygotowany wcześniej woreczek strunowy z kartką opisującą statek i rejs oraz odliczoną kwotą 6,64 zł. Wcześniej poczytałem, że śluzy zarządzane przez RZGW Poznań są czynne w godzinach od 9.00 do 18.00. Nasuwa się więc wniosek, że opłaty dostosowano do godzin pracy śluz. Gdzie tam! Pani zażądała podwójnej stawki, gdyż zgodnie z zarządzeniem Ministra Środowiska, stawki za śluzowanie ustalono w godzinach od 7.00 do 16.00 po 6,64, a poza tymi godzinami podwójnie. Wniosek:  RZGW Poznań zabrało nam dwie godziny śluzowania w stawce podstawowej dziennie, bowiem śluzowi nie mają żadnego interesu w tym, by śluzować w innych godzinach niż między 9.00 a 18.00. Konkluzja: RZGW Poznań zrobiło „skok na kasę” turystów, jednocześnie uniemożliwiło im racjonalne rozłożenie kosztów względem czasu podróży.Dziwne, nikomu nie przyjdzie do głowy logicznie pomyśleć, a wystarczyło by zwrócić się z konkretnym wnioskiem o przesunięcie terminu płatności za śluzowanie w stawce podstawowej na godziny zgodne z czasem otwarcia śluz. W końcu rozporządzenie ministra nie jest w randze ustawy!

Pokonaliśmy jednak wszystkie śluzy i dopłynęliśmy do Bydgoszczy, tu okazało się, że śluza Czersko Polskie, śluzująca z Brdy na Wisłę, w soboty i niedzielę jest nieczynna, a w piątki pracuje do 15.00. Przypłynęliśmy po 16.00 Klapa! RZGW Poznań zabrał nam swoim durnym zarządzeniem jeden dzień podróży a RZGW Gdańsk, pewnie też „w trosce o dobro turystów” na weekend zamknął bardzo ważną na szlaku śluzę. A co się będą włóczyć po kraju! Nie mają domów, czy co? Tak więc nasz rejs z konieczności musiał zakończyć się w Bydgoszczy.

 

Do Torunia postanowiliśmy pojechać autobusem, żeby choć w ten sposób dotrzeć do założonego wcześniej celu.

Sobotę 21 lipca poświęciliśmy na zwiedzanie Bydgoszczy oraz na odwiedziny znajomych i rodziny. Mamy wiele pamiątek. Udało nam się nawet kupić obraz od malarza i uzyskać jego dedykacją z autografem na odwrocie. Najmilsza z możliwych pamiątek. Odwiedziny u rodziny przebiegły zgodnie z przewidywaniami. Było serdecznie i miło. Bydgoszcz sprawiła na nas bardzo miłe wrażenie. Nazajutrz poderwaliśmy się bladym świtem, by przed 9.00 wyjechać do Torunia. Nie obiecywaliśmy sobie wiele po tej podróży, tymczasem zostaliśmy mile zaskoczeni. Toruń okazał się schludnym miastem, nastawionym bardzo ku turystom. Wszystko tam, a głównie zabytki starego miasta zostały odnowione, by cieszyć oko przybysza. Nikt też mi nie będzie mógł zarzucić, że nie widziałem Torunia z wody. Odbyliśmy rejs po Wiśle statkiem wycieczkowym o wdzięcznym imieniu WANDA. Sfotografowaliśmy zabytki skumulowane wzdłuż królowej naszych rzek, a ja , dzięki uprzejmości absolwenta Szkoły Żeglugi śródlądowej z Nakła, miałem możność poprowadzenia przez dłuższą chwilę wymienionego wyżej statku. Wspaniałe uczucie, choć jakże odmienne od prowadzenia mojego KUCYKA. Jednostki wszak znacznie się od siebie różnią wielkością. Sfotografowałem nawet miejsce budowy nowej mariny w Toruniu, która znajdzie się na północnym krańcu Bulwaru Filadelfijskiego. Podobno w przyszłym roku będą mogły tam cumować jachty. Zabytki Torunia zapierają dech w piersiach. Jest mało miejsc w Europie, ba! Na świecie, gdzie na niewielkiej przestrzeni skumulowały się tak liczne zabytki klasy zerowej! Szczerze zachęcam do odwiedzenia tego miasta.

 

Zastanawiałem się: Gdybym musiał porównywać oba miasta – Bydgoszcz i Toruń, określił bym je tak: Toruń, to przystojny mężczyzna, ubrany w smoking i „pod muszką”, zaś Bydgoszcz, to bardzo sympatyczna i miła babka w dresie. Te miasta mają zupełnie inny zamysł urbanistyczny i różnią się od siebie właściwie wszystkim. Proszę więc mnie nie pytać, w którym z nich chciałbym ewentualnie mieszkać. Miałbym kłopot z odpowiedzią.

 

W poniedziałek 23 lipca opuściliśmy gościnną marinę GWIAZDA w Bydgoszczy i udaliśmy się w drogę powrotną. Wyruszyliśmy o 8,30 Po drodze, tuż przed śluzą Józefinki dogoniliśmy wspaniałego trampa, kajakarza, który postanowił opłynąć wszystkie rzeki w Polsce. Dotąd opłynął ponad sześćdziesiąt z nich. Zaproponowaliśmy mu podholowanie do najbliższych dwóch, sąsiadujących ze sobą śluz i następnie do pobliskiej przystani w Nakle. Turysta przyjął zaproszenie i do Nakła popłynęliśmy wspólnie. Potem popłynął w swój rejs, my w swój.

 

Do miejscowości Ujście dotarliśmy o 22.00 Już się ściemniło. Nie byliśmy wybredni. Stanęliśmy byle gdzie, w miejscu, gdzie skończyły się bagna i można było wyjść na twardy ląd. Rano, skoro świt ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw spotkaliśmy przy jedynym pomoście w Ujściu, gdzie zaplanowaliśmy krótki postój w celu uzupełnienia prowiantu, sympatyczną rodzinę Niemców w wynajętym w Bydgoszczy Hausebocie. Mieli usterkę układu sterowania i czekali na serwis. Pozwolili nam przybić do ich łodzi. Z wdzięcznością przyjęliśmy tę propozycję. Pożegnaliśmy się z nimi bardzo szybko, bo sklepy w Ujściu znajdują się w bezpośredniej bliskości wspomnianego wyżej pomostu, toteż zakupy poszły bardzo sprawnie. Potem popłynęliśmy do Czarnkowa, które może poszczycić się piękną mariną.

 

Po drodze były śluzy. Matko, jak długo celebrowano śluzowanie! Na jednej ze śluz zapytaliśmy, czy czasem nie prowadzą strajku włoskiego. Odpowiedzieli wymijająco, No cóż, kiedy strajkować, jak nie w pełni sezonu, kiedy ruch turystyczny jest spory? Szkoda tylko, że odbija się to na bogu ducha winnych turystach.

 

Osobnym tematem są mariny na wspomnianym szlaku. Są wspaniałe! Opiszę je szczegółowo w dziale porty/mariny WPW w późniejszym czasie. Jutro wyruszamy z Czarnkowa, miasta z charakterem, posiadającego piękną marinę i wspaniałego bosmana ( także bardzo miłego zmiennika), ku dalszej przygodzie.

Żeby opuścić strefę śluz, musieliśmy z Czarnkowa pokonać ich aż siedem,. Pianówka i Wieleń, a także Krzyż śluzowały szybko i z gracją, pozostałe prowadziły swój strajk włoski w najlepszym wydaniu. Wyglądało to tak: podpływamy do śluzy, brama jest otwarta, co oznacza, że śluzowy został uprzedzony o naszym płynięciu. Wpływamy do komory i czekamy. Po kilku minutach ktoś się pojawia i jest zdziwiony ( niby to), że tak szybko dopłynęliśmy. Zamyka bramę i idzie po kwitariusz. Spisuje dane ( po co takie szczegółowe?) i idzie do biura, żeby wypisać kwit. Zajmuje to  mu ( jej) około 5-8 minut) następnie otwiera do połowy jedną z dwóch klap spustu wody i czekamy. Woda opada leniwie. Pod koniec otwiera się klapę do końca i czekamy aż otworzy się połówka bramy. Potem możemy już wypłynąć z komory śluzy. Całość trwa od 25 do 30 minut. W Pianówce, Wieleniu i Krzyżu prześluzowano nas w 10-12 minut. Można?

Miałbym kilka pomysłów na usprawnienie całej procedury, ale odnoszę wrażenie, że urzędnikom na tym nie zależy, im już chyba na niczym innym nie zależy jak jedynie na utrzymaniu „ciepłej posadki”. No cóż, chyba przyjdzie nam cieszyć się z faktu, że w ogóle możemy po czymś pływać...

Po opuszczeniu ostatniej z szeregu śluz, ruszyliśmy w dalszą, już niczym nie ograniczaną drogę Poszło bardzo szybko. Około 17.00 osiągnęliśmy marinę w Santoku. Postanowiliśmy zwiedzić miejscowość. Jest ona wsią gminną, leżącą w widłach rzek Noteci i Warty. Z jednej strony otoczona jest wianuszkiem wzgórz, z drugiej strony przylega do rzek. Wieś schludna i widać coraz większą dbałość o prywatne posesje. Sfera publiczna też stwarza wrażenie zadbanej, choć przystań pozostała niewykoszona, w pełni sezonu turystycznego.

 

Nim dopłynęliśmy do Santoka, na Noteci mijaliśmy się ze statkiem szklonym  Technikum Żeglugi Śródlądowej - Władysław Łokietek, a także z kilkoma innymi jachtami płynącymi w górę rzeki. W niedzielę ma się odbyć w Czarnkowie jakaś duża wodniacka impreza, widać na tę imprezę ciągnęły te statki. Wracając do Santoka. Odwiedziliśmy tamtejsze muzeum ze zbiorami archeologicznymi wydobytymi z pradawnego grodziska. Niektóre z nich miały już tysiąc lat i cieszyły oko. Potem wspięliśmy się po ocienionej krzewami stromej ścieżce pod wieżę widokową, choć opiekunka muzeum nie dawała nam większej nadziei na spotkanie właściciela tego obiektu. Zaryzykowaliśmy i rzeczywiście, nikogo nie zastaliśmy na miejscu, ale widoki i tak były „przepyszne” Warto było!

 

Droga z Santoka do przystani klubu „Delfin” w Kostrzynie zajęła nam kilka godzin. Kostrzyn przyjął nas, jak zwykle bardzo gościnnie. Ten klub stanowi dla nas albo przedpole do pokonania niemal stupięćdziesięciokilometrowego odcinka pod prąd do Cigacic ( jak właśnie teraz) albo pozwala odpocząć po pokonaniu takiego samego odcinka w dół rzeki. Tu można zaopatrzyć się w pobliskich stacjach w paliwo, a w sklepach w niezbędne produkty. Teraz pozostało nam tylko mozolne „wdrapywanie się”pod odrzański prąd do Cigacic. Podróż ta trwa zwykle trzy dni i pochłania około sześćdziesięciu litrów paliwa ( trochę mniej niż sześćdziesiąt). Piątek umęczył nas skwarem. Sobota przywitała burzą a w radiu straszą jeszcze gradem. Na horyzoncie rzeczywiście widać czarne chmury, ale wierzymy, że nic złego nas nie spotka. Właśnie za chwilę opuścimy graniczny odcinek Odry i wejdziemy na rzekę, która w całości płynie w Polsce.

 

Podsumowując: Przepłynęliśmy Odrą, Wartą, Notecią, Kanałem Bydgoskim, Brdą, no i Wisłą, choć  ten odcinek na innym statku. Kucyk sprawił się jak zwykle bardzo dobrze. Silniczek mruczał wdzięcznie swoje dwa tysiące sto obrotów na minutę z prądem, a trzy tysiące pod prąd rzek. Średnio spalił nam około dwóch litrów benzyny PB 95 na godzinę, nie stwarzając najmniejszego kłopotu. Towarzystwo, w którym odbyliśmy tę podróż też było zacne. Układało nam się doskonale. Jednym słowem to był rejs, o którym można marzyć, szkoda tylko, że urzędnicze zamysły zmierzają w niewłaściwym kierunku, stwarzając warunki do niepotrzebnych scysji z obsługą śluz, utrudniając życie zarówno śluzowym, jak i samym turystom. Brak tu wyraźnie dobrej woli i przemyślanych dogłębnie, zgodnych z logiką decyzji.

Adam Madaj

 

Poprawiane: poniedziałek, 20 sierpnia 2012 14:05
Adam

Adam

Nie ma większej przyjemności niż wyjść rano z łodzi prosto w poranek. Widzieć malowane słońcem kolorowe niebo, unoszące się nad wodą tumany mgieł i wyeksponowane na przeciwległym brzegu zielone, kołyszące się trzciny. Słyszeć nieśmiałe zrazu kwilenie ptaków, potem ogłuszające ich śpiewy. Ja to nazywam szczęściem, a Wy?

Najnowsze artykuły autora Adam

Zobacz także

komentarze

0 Tomek 2012-12-16 20:29 #1
Witam,
Musze powiedzieć, że poza jednym wypadkiem nie miałem problemów ze śluzami i ich obsługą. Może przyczyna tych scysji leży gdie indziej?
Pozdrawiam
+1 Ryszard 2013-01-01 21:15 #2
Czy wiecie gdzie na tym szlaku są nawodne stacje benzynowe PB 95 ?
0 kiniu 2013-01-03 10:01 #3
:D Nie ma...po prostu na żadnej rzece w Naszym kraju nie ma pływających stacji czyli bunkierek. Wyjątek stanowi J.Dąbie, Zalew Zegrzyński, WJM oraz Gdańsk i Górki Zachodnie, gdzie można podpłynąć i zatankować "z wody". Tankowanie na tych stacjach czy robienie zakupów jest zdecydowanie droższe.
0 Darek 2013-01-03 10:36 #4
Na szlaku co kilkadziesiąt kilometrów są miasta i miasteczka, w których są stacje benzynowe. Owszem nie ma stacji nawodnych, ale tankowanie nie stanowi problemu. Trzeba tylko czasem poszukać. W przewodniku po Wielkie Pętli Wielkopolski są zaznaczone dogodne miejsca do tankowania. Płynąłem po WPW w 2012 i nie było żadnego problemu z tankowaniem.
Co do cen zakupów, to owszem jest drożej na pływających stacjach, podobnie jak na samochodowych. Na stacji zawsze będziesz miał drożej, bo stacja jest do tankowania, a nie kupowania żarcia i piwska. Ceny paliwa są w normie. Wyższe, niż pod supermarketem, ale nie zgadzam się, że "zdecydowanie droższe".
na górę