Kanaly.info Logo
Kanaly.info

  Spis stron                 Site language:   Polski   English   Deutsch   Francais   Lietuviu   Nederlands   Espanol   Cestina   Slovensky  

Kanaly.info

ZAPRASZAMY NA FORUM

W tej chwili na stronie: 25 użytkowników


Najpopularniejsze

Najnowsze





Szlak kajakowy dookoła Wielkich Jezior Mazurskich

Opublikowane: środa, 2009-06-10      Tagi: mazury, pętla, turystyka, kajakowe,       Kategoria: Opisy szlakow

Tytuł tej relacji odnosi się do trasy spływu kajakowego, którą roboczo określiłem mianem Wielkiej Pętli Mazurskiej (im. Józefa Świerczka :-) Mapy turystyczne Krainy Wielkich Jezior studiowałem już od jakiegoś czasu, szukając nowych możliwości dla wakacyjnych wypadów. Wreszcie poskładałem w wyobraźni nową trasę dla wyprawy kajakowej. Oczywiście nie udało się zupełnie uniknąć Wielkich Jezior, ale za jednym zamachem postanowiłem spenetrować nieznane mi dotąd zakątki.

Pomysł był taki: początek na Niegocinie, potem jeziora Niałk Duży i Mały, Wojnowo i Buwełno (z odskokiem na Ublik), Tyrkło, Śniardwy, rzeką Wyszką na jezioro Białoławki, Białoławką na J. Kocioł, Wilkusem na Roś, potem kawałek Pisą, jeziora Brzozolasek i Wiartel, Wiartelnicą na jezioro Nidzkie, Nidką na Jezioro Bełdany, a dalej już Bełdanami, Mikołajskim, Tałtami, kanałami, Jagodnem itd. na Niegocin. Wielka Pętla. Plan był precyzyjny, przygotowanie staranne, więc wykonanie nie było trudne. Trzeba było tylko znaleźć czas. I udało się. Załoga składała się z trzech osób: mój brat Tosiek, bratanek Marcin i ja, czyli Józek. Wyprawa męska, co jest ważne, gdy idzie o dyscyplinę i sprawność operacji.

Dzień pierwszy

Spływ rozpoczęliśmy w sobotę 28 czerwca 2008 roku od sprawnego desantu na Jezioro Niegocin. Ze stacji PKP „Niegocin” podeszliśmy do przystanku autobusowego, żeby toboły zostawić pod zadaszeniem, jako że mżyło przelotnie. Następnie dokonaliśmy zakupów prowiantu w pobliskim sklepie. Pan Maciej, który wypożyczał nam kajaki, podrzucił nas do nieczynnej przystani Tabat i tam zeszliśmy na wodę. Nie obyło się bez wyłudzenia od nas 10 zł za wodowanie kajaków, czego po zbójecku dokonali robotnicy rozwalający przystań.

Wiatr wiał północno zachodni, więc choć zatrzcinioną wyspę opłynęliśmy z lewej, to jednak potem zdecydowaliśmy przeciąć jezioro, biorąc wiatr w plecy. Tyle, że im bliżej południowo-wschodniego krańca, tym większa była fala rozpędzona przez jednostajny, ale solidny powiew. Przed wyjściem z Niegocina galopowaliśmy już na ok. 80 centymetrowych wodnych skibach. Ładnie się pieniły. Natomiast za cyplem na Jeziorze Niałk Duży, tafla była już równiusieńka jak stół. I tu rozpoczęła się wędrówka po dawnych Mazurach – cisza, spokój, żadnych motorówek, pojedyncze jachty, jednym słowem sielanka. Granicy między jeziorami Niałk Duży i Niałk Mały nie zauważyłem. Za to początek Jeziora Wojnowo był wyraźny – żelbetowy most drogowy. Tu nastąpił mały odpoczynek i dobra kawa w nagrodę za pokonanie wrednego Niegocina.

W tym miejscu dodam, że nasza pionierska wyprawa była określona pewnymi zasadami. Jedną z nich było gotowanie wszystkich posiłków na ognisku, z użyciem stalowego kociołka (własnej roboty – polecam pomysł: stalowa głęboka miska, dopasowana byle jaka pokrywka, składany trójnóg z aluminiowych rurek starego namiotu i zwykły łańcuszek stalowy kupiony w sklepie). Woda na kawę tak samo gotowała się w kociołku. Dodatkowa atrakcja, zwłaszcza dla Młodego. Z pozostałych zasad wymienię jeszcze dwie: unikanie w miarę możliwości zorganizowanych biwaków i zdecydowany bojkot państwowego (!) przemysłu monopolowego.

Jezioro Wojnowo jest bardzo przyjemne. Taka sympatyczna rynna. Na jego wysokim wschodnim brzegu można zobaczyć resztki dawnych umocnień w postaci małych bunkrów, zaś ze wzgórz rozciąga się przepyszna panorama mazurskich lasów, pól i jezior. Prawdziwa uczta dla oka.

Wyjście z jeziora dokonuje się z pomocą, a raczej wbrew oporowi Głaźnej Strugi. Łatwo znaleźć jej ujście, ale po chwili zaczyna się odczuwać dość silny przeciwny prąd. Rzeczka jest śliczna i... głaźna. Jej dno i brzegi usłane są kamieniami. Na szczęście mieliśmy okute wiosła i w wąskim nurcie odpychaliśmy się na przemian od bystrej wody i od głazów na brzegach. Uroku tej przeprawie dodają murowany most i dość strome brzegi. Na wysokości Głaźnej Strugi wznosi się maszt przekaźnika widoczny z wielu miejsc na Mazurach.

Jezioro Buwełno jest bardzo podobne do Wojnowa, ale znacznie mniej ruchliwe. Na Wojnowie spotkaliśmy jeden jacht, tu żadnego. Pogoda stawała się coraz lepsza, słoneczko zaczynało grzać, więc tranzyt przez Buwełno był bardzo przyjemny. Zmierzaliśmy wzdłuż wschodniego brzegu, wypatrując ujścia Ublickiej Strugi. Wreszcie ukazała się w małej zatoczce. No to, na Ublik.
Struga okazała się trochę zarośnięta. Dało się przepłynąć, choć czasem lepiej było ciągnąć za trzciny niż szarpać się z wiosłem. Ilości mszyc spadających na kark, kończyny i plecy - zatrważające. Dobrze jest ubrać koszulkę i fartuch przeciwdeszczowy, wtedy jest szansa na przeżycie. W sumie ciekawa przeprawa.

Jezioro Ublik Wielki ucieszyło nas przestrzenią po znacznej ciasnocie strugi. Imponująco prezentuje się odnowiony dwór na przeciwległym wysokim brzegu. Teraz trzeba było poszukać niezwykłego połączenia z jeziorem Ublik Mały. Oba jeziora łączy nie rzeczka i nie kanał, ale ... tunel. Jest podobny do starych miejskich kanałów ściekowych, dlatego nazywany jest przez wodniaków „szamborurą”. Podziemny przepływ jest dość długi, a więc robi się ciemno, a woda niegłęboka. Malownicze to jest ogromnie.

Ublik Mały zaskakuje niezwykłym jak na Mazury kolorem wody. Wielki Ublik jest zielonkawy, a ten niemal turkusowy, zwłaszcza w promieniach słońca. Brzegi nie są tu zbyt gościnne. Na południowym krańcu jeziora znajduje się pole biwakowe, ale dość drogie jak na taki za...kątek. Na szczęście na wschodnim brzegu znalazło się miejsce na namioty, na zarastającej leśnej drodze. Przenocowaliśmy grzecznie, odsypiając jeszcze pociągowe zaległości. A rano, w pełni sił ruszyliśmy po nowe odkrycia.

Dzień drugi

Znalazłszy się z powrotem na Buwełnie popłynęliśmy do jego południowo wschodniego krańca. Tam przycupnęła bardzo sympatyczna wieś Cierzpięty. Lądowanie odbyło się na bardzo gościnnej łączce, przy której nie było żadnego pazernego kasjera. Teraz czekała nas dłuższa lądowa przeprawa na jezioro Tyrkło. Z naszej łączki można było się ruszyć na dwa sposoby – albo drogą brukowaną przez wieś (w prawo), albo prosto do lasu drogą polną (z lewej mały stawek). Wybraliśmy wariant drugi.
Jako że posiadaliśmy środek transportu w postaci wózka własnej roboty, wytargaliśmy jeden z kajaków po piachu, do lasu. Kajaki dwa, a wózek jeden, więc przeprawa trochę musiała potrwać, a jeden z nas musiał drałować trzy razy ta samą drogą. Padło na tego, który całą imprezę wymyślił. Za karę.

Wychodząc na górkę do lasu, trzeba skręcić w prawo i ta droga prowadzi do kolejnego leśnego skrzyżowania. Nie ma większego problemu z orientacją w terenie, bo napotyka się drogę prowadzącą od Cierzpięt w kierunku Tyrkła. Droga jest uczęszczana i miejscami szutrowa. Nie ma wyjścia, trzeba skręcić w lewo. Teren jest pagórkowaty, ale wózek toczy się dobrze po twardej nawierzchni. Gorzej może być w przypadku pogody deszczowej, kiedy pewnie cała droga rozmięka. Po wyjściu na ostatni pagórek widać namioty obozu harcerskiego i po łące, ścieżką można ładnie zejść do jeziora Tyrkło. Dostęp jest wygodny z małym wędkarskim pomostem, przy którym znajduje się ocembrowane źródełko z pyszną wodą. Smakuje wyśmienicie po niemałym wysiłku w kurzu, upale i wśród leśnych krwiożerczych owadów.
Cała przeprawa to około 1,5 kilometra licząc wzdłuż drogi.

Tyrkło jest jeziorem uroczym. W północnej części otoczone lasem i bardzo, bardzo spokojne. Łączy się co prawda ze Śniardwami, ale jest mało uczęszczane przez żeglarzy, a motorowodniacy na szczęście nie mają tu wstępu.
Dopłynęliśmy grzecznie do Okartowa, które położyło się po obu stronach przesmyku wyprowadzającego nas na Śniardwy. Pod mostem drogowym zostawiliśmy kajaki, aby uzupełnić zapasy żywności, szczególnie chleba i zupy chmielowej. Okartowo jest ładnym mazurskim miasteczkiem. Spotyka się w nim uprzejmych ludzi, otwarte sklepy, domki otoczone kwiatami i ciekawy kościół. Na pierwszy rzut oka widać, że zabytek, na dodatek zbudowany na miejscu dawnego krzyżackiego zamku. Poza tym PEŁNY SPOKÓJ.

Nie zabawiliśmy długo, bo czekały na nas kapryśne Śniardwy. Trochę obawialiśmy się Mazurskiego Morza, bo mieliśmy płynąć przy wschodnim brzegu, który miejscami przypomina bałtyckie klify. Na szczęście Gigant przywitał nas nieporuszoną taflą. Przecięliśmy Zatokę Okartowską i do brzegu zbliżyliśmy się dopiero przed samą Kępą Kwiku. Ciekawe są to miejsca. Oczywiście ogromne wrażenie robi bezkresna przestrzeń jeziora – tak przedstawia się widziane z kajaka, a więc niemal z poziomu wody, a nie z wysokiego pokładu jachtu. Wschodni brzeg wypiętrza się dość wysoko odsłaniając miejscami podmyte urwiska. Fale muszą tu nieźle szaleć! Dno jeziora jest płytkie przy całej Kępie Kwiku, a na dodatek usłane kamieniami i głazami. Jest co oglądać i podziwiać, ale zbliżał się wieczór i trzeba było rozglądnąć się za jakimś miejscem na nocleg. Wypatrzyliśmy ładną łączkę pod lasem prawie na samym końcu Kępy Kwiku. Namioty rozbiliśmy nad samą wodą, na skraju sosnowego lasu. Widok przecudny. Zachód słońca za Śniardwami, ognisko, szum drzew, zapach wody, żywicy i chmielowej zupy. Rajskie klimaty.

Dzień trzeci

Dzień trzeci przywitał nas wspaniałą pogodą. Trzeci pogodny dzień! Jezioro wyraźnie nas lubiło. Spokojnie wpłynęliśmy do Zatoki Kwik, a ta zaprowadziła nas do ujścia Wyszki. Niestety naszą drogę przegrodził jaz. Pokonywać trzeba go z lewej strony, bo z prawej dostęp zamknięty jest płotami. Wyjście z wody jest niezbyt wygodne. Potem trzeba wspiąć się po łące pokrytej krowimi plackami, przeciąć gruntową drogę i zejść po trawie ku rzeczce. Brzeg jest tu ukośnie obmurowany, a mur pokryty glonami, więc łatwo zjechać na łeb na szyję. Trzeba zachować ostrożność i trochę się pogimnastykować.

Dalsza droga to czysta rozkosz. Wyszka jest urocza, aż szkoda, że taka krótka. Już po chwili otworzyło się przed nami Jezioro Białoławki. Ładne. Popłynęliśmy ku północnemu brzegowi kierując się na zabudowania Kwiku, a konkretnie na duże parasole z reklamą orzeźwiającego napoju. Wyjście na brzeg trochę błotniste, ale wioska bardzo gościnna, a sklep dobrze zaopatrzony.
Nie zabawiliśmy długo, bo tego dnia zamierzaliśmy dotrzeć aż na Roś. Rzeczka Białoławka (której odpływ trochę trudno wypatrzyć) doprowadziła nas pod most i zaraz potem zrobiła nam niespodziankę. Okazało się, że jest przegrodzona stopniem – taki mały bulgoczący schodek. Z pokonaniem go nie ma żadnych problemów, bo cały grubo pokryty jest śliskimi glonami, tak że właściwie można spróbować po prostu z niego zeskoczyć w kajaku bez szkody dla laminatu.

Białoławka wyprowadziła nas na Jezioro Kocioł. I tu dopadła nas pierwsza burza. Zagrzmiało, zawiało i niebo znacznie pociemniało. Dobrze, że Śniardwy były już za nami. Niemal w ostatniej chwili dobiliśmy do brzegu we wsi Kociołek Szlachecki i wyrzuciliśmy samorozkładający się namiot. Pierwsze krople ulewy dosięgły nas, gdy zabezpieczaliśmy kajaki. Burza nie trwała długo. Poszła sobie na wschód. Nie wiedzieliśmy jednak, że idzie za nią jej koleżanka.

Jezioro pokonaliśmy sprawnie i dość łatwo znaleźliśmy wypływ rzeczki Wilkus. To wspaniały odcinek kajakowego szlaku. Rzeka meandruje wśród lasów i łąk. W jednym miejscu przecina pastwisko dla koni, które podchodzą do samej wody, a pewnie nawet przekraczają rzekę w tym miejscu. Sielanka. Do czasu. Tu dopadła nas druga burza. I znowu desant na brzeg i namiot i bezpieczne schronienie.

Przez te przerwy straciliśmy trochę czasu, więc jak tylko grzmoty się oddaliły, ruszyliśmy dalej. Wkrótce naszym oczom ukazały się brzegi Jeziora Roś. Niestety nie dało się ominąć tego, za przeproszeniem, akwenu.

W tym miejscu muszę umieścić pewną ważną dygresję. Otóż Krainę Wielkich Jezior można podzielić na dwie części, z bardzo rozwiniętą granicą między nimi. Jedna część to Mazury Właściwe, a drugiej nadałem nazwę Mazury Pazerne, w skrócie Pazury. A więc Mazury i Pazury. Mazury się kurczą, Pazury są w ciągłej ekspansji. Mazury to obszar gdzie można normalnie żyć i uprawiać turystykę w dawnym stylu. Ludzie są tam życzliwi i gościnni, nie chciwi na pieniądze, brzegi dostępne dla każdego, nie ma porozrzucanych śmieci, wypasionych motorówek, a ludzkie odchody są zakopane itd. Natomiast Pazury charakteryzują się nieustannym warkotem silników, łomotem dyskotek, brzegi mają obstawione tablicami: teren prywatny, wstęp wzbroniony, cumowanie płatne, zakaz cumowania itp. Dalej, za postawienie nogi na brzegu, trzeba słono zapłacić, wszędzie walają się śmieci, pełno rozbitego szkła i ludzkich odchodów, zaś ludzie nieprzyjemni i chciwi na grosz. Główny szlak Wielkich Jezior i rejon Krutyni, to już niestety Pazury. Tyle wyjaśnienia.

Jezioro Roś należy do tej podłej strefy, niestety. Zatoka do której wpłynęliśmy, czyli tzw. Ramię Szczeskie, nie dość, że ma brzegi zarośnięte trzcinami, to każdy prześwit przyozdobiony był odpowiednią tabliczką – ZAKAZ! Dopiero przy wsi Pilchy udało nam się znaleźć pastwisko, na którym mogliśmy swobodnie rozbić namioty. Gospodarz okazał się być ostatnim z gatunku dawnych mieszkańców Mazur. Pozwolił się rozbić, rozpalić ognisko, nabrać wody z kranu i słowem nie wspomniał o pieniądzach. Nie do uwierzenia!

Dzień czwarty

Czym prędzej postanowiliśmy opuścić niegościnne wody i uciec na prawdziwe Mazury. Najkrótszą możliwą drogą, a więc ścinając zakręty popłynęliśmy do Pisza. Tak właśnie się mówi i pisze - do Pisza, a nie do Piszu. Warto o tym w Piszu pamiętać. Bez żalu opuściliśmy jezioro zwane też Warszawskim (to wiele tłumaczy?) i weszliśmy na Pisę. Przy jej wypływie znajduje się mnóstwo hangarów dla motorówek. Zabudowa brzegów jest niesamowita – nazwaliśmy to Mały Hong Kong.

Rzeka jest w mieście obetonowana. Właściwie nie ma dobrego miejsca na desant, ale dobrzy komandosi poradzą sobie. Dopłynęliśmy prawie do samej fabryki sklejek. Widać tam budowę jakiegoś wielkiego mostu. Przed samym płotem podeszliśmy do brzegu, zeszliśmy do wody i stojąc po pas w leniwym nurcie podnieśliśmy w rękach nasze kajaki i ułożyliśmy po jednym na betonowym nabrzeżu. Potem już tylko myk na trawę i byliśmy na trochę szczurami lądowymi.

Pogoda nadal cudna, więc nasza lądowa przeprawa na Jezioro Brzozolasek zapowiadała się ciekawie. Spokojnie zjedliśmy obiad, tym razem w restauracji (a co?), uzupełniliśmy prowianty i zaczęło się. Najpierw jeden kajak, a potem drugi przewieźliśmy na wózku na upatrzone miejsce. Zgadnijcie kto drałował trzy razy tą samą drogą? A było tego tym razem ponad 4,5 kilometra. Najpierw trzeba było przejść chodnikami i ulicami Rybacką, Kwiatową do Klementowskiego, potem przez przejazd kolejowy i przed bramą Fabryki Sklejek do skrzyżowania na skraju lasu. Tu trzeba skręcić w prawo tak, jak zaleca drogowskaz z napisem Wiartel. Dalej droga sama prowadzi, a wózek po twardej asfaltowej nawierzchni toczy się wspaniale. Na dodatek miły Pan policjant z radiowozu doradził, żeby iść lewą stroną i nie wlepił mandatu. Poznaliśmy, że wracamy na Mazury Właściwe.

Trochę czasu to trwało, ale satysfakcja pełna. Znaleźliśmy się na brzegu Jeziora Brzozolasek, o którym należy mówić w samych superlatywach. Dostęp do brzegu od tej strony jest trochę zagrodzony płotami, ale dało się zejść do wody przez plac dużego Domu Wczasowego. Tam gospodarz pozwolił rozpalić ognisko, otworzył szopę, pokazał gdzie narąbane drewno i ani razu nie wspomniał o zapłacie. SZOK! Mazury. Ryba z rusztu smakuje wyśmienicie, kiedy ma się w nogach parę kilometrów.

Jezioro jest piękne. Tak czystej wody nie widziałem jeszcze pomiędzy Bugiem a Odrą. Brzegi Jeziora wysokie, porośnięte sosnowym lasem, szumiące i pachnące. Chciałoby się zostać na dłużej i zażyć tego miejsca, ale czas gonił. Miejsce na nocleg wybraliśmy na wysokiej skarpie południowo wschodniego brzegu. Wspaniałości.

Dzień piąty

Tego dnia mieliśmy przed sobą kilka zagadek. Ciężko było przewidzieć jak ma się sprawa z przeprawami na Jezioro Wiartel i dalej na Nidzkie. Przewodniki opisują te miejsca niejednoznacznie. Informacja najważniejsza jest ta, że między Jeziorami Brzozolasek i Wiartel istnieje połączenie wodne, ale nie da się tamtędy płynąć. Ciek jest cały zarośnięty, płytki i błotnisty, poprzegradzany zwalonymi drzewami, a pod koniec, jak się potem okazało, przegrodzony czymś w rodzaju jazu. Nie ma sensu próbować.

Podpłynęliśmy zatem do zatoczki na zachodzie i poszukaliśmy miejsca najbliższego brzegu. Przedarliśmy się przez trzciny i stanęliśmy w lesie. Ścieżką udało się dojść do gruntowej drogi, a potem już prosto na Wiartel. W lesie natrafia się na gwiaździste skrzyżowanie wielu dróg i dróżek. Tu trzeba się kierować drogą na południowy zachód. Po jakichś 500 metrach od skrzyżowania stanęliśmy przy jeziorze. W sumie przeprawę trzeba liczyć na jakieś 600 -700 metrów. Da się zrobić, a najlepiej z użyciem niezawodnego wózka.

Zejście na Jezioro Wiartel jest bardzo wygodne. Przed samym jeziorem trzeba tylko skręcić w lewo, przejść po mostku nad wspomnianym ciekiem wodnym i po chwili widać już piękne zejście do wody, zachęcające do kąpieli, a i kawy można się napić gotując wodę np. na ognisku ?. W pobliżu znajduje się kemping, ale nikt się niczego nie czepia. Mazury!

Jezioro warte jest odwiedzenia. Znajduje się na nim kilka wysp, my wylądowaliśmy tylko na jednej i od razu nas urzekła. Nadawałaby się i na nocleg i na piknik. Bardzo zachęcająco wyglądała też długa i wąska zatoka nosząca dziwną nazwę „Jezioro Przylasek”, niestety nie mieliśmy czasu na jej zwiedzenie. Może następnym razem...

Teraz czekał nas desant na Wiartelnicę i dalej na Jezioro Nidzkie. Najpierw jednak musieliśmy uzupełnić zapasy, paląca była zwłaszcza kwestia płynów jako, że pogoda ciągle upalna. Sklepik przesympatyczny i niespodziewane spotkanie Ziomali. Nie znaliśmy się, ale usłyszeliśmy znajome akcenty w ich mowie. Wymiana grzeczności i z powrotem na wodę.

Aha! Jeszcze wyjście z jeziora. Najwygodniej jest przybić do lewego brzegu tuż przed odpływem Wiartelnicy, którą w tym miejscu bardziej słychać, niż widać. Ponoć w tym miejscu znajdował się kiedyś młyn, w każdym razie woda spada niejaką rynną pod mostem drogowym.

Kajaki trzeba przenieść przez drogę i potem po łące zejść do rzeki. I tu niespodzianka. Woda w Wiartelnicy sięga w tym miejscu do kostek, a dno zalegają kamienie i cegły. Kajak nie chce płynąć nawet bez pasażerów. Musieliśmy się trochę namęczyć, zanim podciągnęliśmy nasz dobytek do trzcin, w których ginęła rzeczka. Przy okazji powyrzucaliśmy z niej trochę cegieł i butelek.

Przy trzcinach, można było już wsiąść do kajaka, ale jeszcze nie płynąć. Zrobiło się grząsko i zamiast brodzić w błocie woleliśmy ciągnąć za trzciny i odpychać się wiosłem od brzegu. Zdecydowanie trzeba się tu trzymać brzegu prawego (!). Po kilkunastu metrach pojawia się tafla wody, która wygląda jak staw. Zbiornik jest płytkawy, ale już da się płynąć normalnie. Wiosła poszły w ruch. Weszliśmy na Wiartelnicę spławną. Napiszę zwięźle – rzeczka jest ładna na oko, ale na nos - wprost przeciwnie. Otóż głębokość wody jest nieznaczna, a pod przeźroczystą warstewką zalega bezdenny muł. Wiosłem nie da się dosięgnąć niczego twardego. „Gnojowisko” sięga prawdopodobnie środka ziemi ?. Przy jakimkolwiek ruchu wydobywają się miliony pęcherzyków z cuchnącym siarkowodorem. Kajakami lepiej płynąć obok siebie, bo załoga zostająca z tyłu może zżółknąć. W kilwaterze widać jak woda „musuje” jeszcze długo po naszym przepłynięciu. Co ciekawe, nad Wiartelnicą ludzie budują jakieś dacze, a nawet widoczne są zejścia do wody i małe pomosty. Prawdopodobnie zamieszkuje tu zaginione plemię Wiartelingów charakteryzujące się upośledzonym zmysłem powonienia ?.

Wyjście na Jezioro Nidzkie nie jest wyraźne. Wiartelnica robi się coraz szersza i w którymś miejscu staje się płytką zarastającą zatoką o mulistym dnie. Jest pięknie, ale jachty nie mają tu żadnych szans. Może to i dobrze.
Po kilkunastu minutach lądujemy przy piaszczystej skarpie na lewym brzegu. Wspaniały czas na zmycie potu, odpoczynek i pyszny dwudaniowy obiadek: spaghetti ze wspaniałym sosem i zupa chmielowa. Relaks wyśmienity. Niestety popołudnie postępuje, a my musimy pokonać jeszcze prawie całe Jezioro Nidzkie. Taki plan wymuszony realiami życia.

Po wyczerpującym maratonie dopłynęliśmy w strefę motorową jeziora i zainstalowaliśmy się na Królewskim Ostrowie. Piękna, wysoka wyspa z widokami na jezioro i wyspy sąsiednie i żadnego głośnego towarzystwa. Zażywamy jeszcze Mazur, bo niedługo już tylko Pazury – z niedalekiej Nidy docierają tu ich złowrogie pomruki.

Dzień szósty

Pogoda oczywiście wspaniała. Budzi nas słońce grzejące namioty. Trzeba było wyjść na powietrze, żeby się nie ugotować na twardo. Przyspaliśmy trochę. Ognisko, śniadanko i w drogę.

Skierowaliśmy się ku najbliższym zabudowaniom Nidy i wpłynęliśmy do zwężającej się zatoki, która wkrótce stała się Nidką. Rzeczka łączy naturalnie Jezioro Nidzkie z Bełdanami i pozwala ominąć śluzę na Guziance. Dość szybko jednak natrafiliśmy na jaz. Przegradza rzekę niemal na samym jej początku.

Do brzegu trzeba podejść z lewej strony i wydostać się na trawnik. Potem ci, którzy spływają pustymi kajakami, przenoszą je tylko przez drogę i po stromiźnie znoszą je na dół (część drogi pokonując na przykład na plecach, albo wpadając w kłujące zarośla). Miasto reklamuje ten spływ na swoich stronach internetowych, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby urządzić tu porządne zejście do wody. Dziwne. I typowe.

My, jako, że kajaki mieliśmy załadowane, wybraliśmy wariant bardziej humanitarny. Nasz wózek pozwolił nam ominąć opisaną wyżej pułapkę. Warto skorzystać z tej możliwości. Trzeba tylko przejść przez most-jaz na drugą stronę, potem jeszcze drogą, albo chodnikiem jakieś 50 metrów i skręcając w lewo znajdujemy gruntową drogę prowadzącą skrajem lasu. Po kolejnych kilkudziesięciu metrach znowu trzeba skręcić w lewo schodząc drogą z małej skarpy i po chwili pojawia się brzeg Nidki łatwo dostępny.

Jeśli ktoś ma ochotę może stąd odskoczyć w kierunku śluzy na Guziance, gdzie sprzedają świeże pstrągi. My skorzystaliśmy.
Nidka poniżej jazu jest dość płytka i tworzy piaszczyste, grząskie łachy. Woda niby czysta, ale pojawia się czasem leciusieńki fetorek szambowo-fenolowy. Niestety nogi trzeba zamoczyć, bo miejscami kajak osiada na piachu. Potem jest już lepiej. Rzeczka meandruje sobie, czasem rozrabia tworząc zakola i bystrza. Warto zwrócić uwagę na paliki wystające z wody, albo zaczajone tuż pod jej powierzchnią. Kiedyś stanowiły pewnie konstrukcję zabezpieczającą brzegi przed rozmywaniem, teraz robią na złość kajakarzom.
Przed mostem drogowym natrafiamy na drewnianą kładkę dla pieszych. Tu można się zatrzymać, żeby wypatroszyć pstrągi, a młodego można na przykład pogonić do Rucianego po chleb.

Nidka wychodzi wreszcie pomiędzy podmokłe łąki i torfowiska, a potem na płytkie, zarastające Jezioro Wygryńskie. Warto tu wypatrywać gładkiego lustra wody i nawet nadkładając drogi płynąć tymi miejscami. Tam gdzie widać czubki roślin wystające z wody czekają rozległe podwodne łąki, a właściwie gęste kożuchy roślinności, która czepia się wioseł i znacząco hamuje kajak. Z jeziora wystają też jakieś drewniane konstrukcje, których pochodzenia nie mogliśmy odgadnąć.

Odpływ Nidki jest wyraźny i dalszy jej bieg przyjazny dla człowieka. Warto zatrzymać się przy pierwszych zabudowaniach wsi Wygryny i odbyć mały spacer. Widać tu śliczne domki tak charakterystyczne dla dawnych Mazur.

Rzeka płynie dalej spokojnie, aż nagle pojawia się widok nie z tej ziemi. Z prawej strony napotykamy wejście do portu jachtowego. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Port składa się z wielu basenów, pełnych luksusowych jednostek motorowych i żaglowych, a wejście do niego stanowią dwa kanały przegrodzone szlabanami. Są to po prostu dwie bramki parkingowe otwierane automatycznie przez magnetyczną kartę wstępu (!). Prawdopodobnie jedna stanowi” wjazd”, a druga „wyjazd”. Proszę państwa, w tym miejscu nieodwołalnie kończą się Mazury Właściwe. Dalej już tylko Mazury Pazerne –Pazury.

Wpłynęliśmy na wody Zatoki Wygryńskiej, a więc już na Jezioro Bełdany. Jeszcze raz przybiliśmy do brzegu obok przystani w Wygrynach. Mieliśmy nadzieję na naszą „zupę” prosto z beczki. Niestety w tej miejscowości nie uwzględniono takiej potrzeby. Pustynia.
Bełdany są oczywiście okropnie ruchliwe. Co chwila próbowała nas zatopić jakaś wielka motorówka w pełnym pędzie, a na wodzie widać tyle białych żagli, jakby ktoś pierzynę rozwalił. Trzymając się lewego brzegu dopłynęliśmy do cypla porośniętego pokrzywami. Wśród pokrzyw mała polanka, a na polance niedopalone ognisko. Postanowiliśmy zjeść obiad, bo nasze pstrągi już się niecierpliwiły. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to będzie nasz najdroższy posiłek podczas tego spływu. Warto opisać tę ponurą przygodę. Dla przestrogi!

Kiedy już ognisko się wypaliło i powstała odpowiednia ilość żaru, ułożyliśmy rybki na siatce z grilla (dwa kamienie i kawałek niedopalonego polana stanowiły podparcie). Wtedy usłyszeliśmy warkot silnika i krótki sygnał syreny. Zbliżała się do nas policyjna motorówka. Obiekt podpłynął do brzegu, a na dziobie stanął młody policjant, taki zadziorny kogucik. Zrobił groźną minę i szczeknął pytaniem: kto jest odpowiedzialny za to ognisko?! Kiedy usłyszał spokojną odpowiedź wycofał się, a akcję przejął starszy pan w mundurze strażnika leśnego. Ten mówił spokojnym, aksamitnym głosem trzymając nieprzyjemny półuśmieszek na twarzy. Poinformował nas grzecznie, że nie wolno palić ogniska w lesie, ani w jego pobliżu i że należy się mandat karny. Domyślając się, że starszy pan ma kłopoty ze wzrokiem, objaśniliśmy, że tu nie ma żadnego lasu, tylko kilka olch, za nimi pola, a wokół nas łąka metrowych pokrzyw. Strażnik Lasów Państwowych powiedział jednak kategorycznie: są drzewa, to jest las. A jeśli mandatu nie przyjmiemy, to czeka nas rozprawa w sądzie grodzkim w Piszu. Nie interesowało go, że nie mamy kuchenki gazowej. Odpowiedział, że na biwakach są wyznaczone miejsca na ognisko. Nie przyjął do wiadomości, że wszędzie tam trzeba płacić za postawienie nogi na brzegu i że w ten sposób napędza klientów pazernym dzierżawcom. Zabrał się do wypisywania mandatu. Pisał i pisał. Kilka razy patrzył na nas znacząco i coś tam mamrotał, jakby sugerując trzecie wyjście z przykrej sytuacji (a młody kogucik jakby wtedy słuch stracił – patrzył na ptaki, przepływające jachty i też coś tam sobie mruczał - stał się wyraźnie nieobecny). Wypisywanie mandatu trwało ok. 10 minut (ciągłego pisania), a z naszej strony ciągle nie było żadnej nowej propozycji. Padła jedynie uwaga, że panów nic nie obchodzi nieprzestrzeganie prawa wodnego, które mówi o swobodnym dostępie do brzegu, tymczasem Lasy Państwowe i gminy wysprzedają działki nad jeziorami, a nowi właściciele grodzą brzegi i kasują każdego kto spróbuje wylądować. Jedynym skutkiem tego spostrzeżenia było zupełne ogłuchnięcie naszego drugiego rozmówcy.

Uff... wreszcie napisał. Mandat wyniósł 150 złotych, czyli po 50 za każdego pstrąga. I teraz najlepsze! Panowie mundurowi, odpływając nie kazali zgasić ogniska! Wniosek: zagrożenie pożarowe ustaje natychmiast po zapłaceniu haraczu (a pokrzywy przestają być lasem). PAZURY!!!

Pstrąg mimo wszystko smakował. Mandat potraktowaliśmy jako karnet na następne ogniska, ale byliśmy już bardziej ostrożni.
Odpłynęliśmy najedzeni i napełnieni obrzydzeniem względem funkcjonariuszy. Tego dnia pociągnęliśmy jeszcze aż do Mikołajek. Jeśli ktoś nie zna tego miejsca, to powiem tylko, że kiedyś była to wioska żeglarska i bardzo przyjemne miasteczko. Teraz... właściwie nie wiem co to jest. Jakieś centrum turystyczne z nabrzeżem, wypasione knajpy wypełnione wielojęzycznym tłumem (wszystkie niemieckie dialekty) i duuuużo nostalgii za tym, co już nie wróci. Przez pół nocy słyszeliśmy niosące się po wodzie dźwięki... jazzu. Jazz w Mikołajkach!!! Sodoma i Gomora!
Nocowaliśmy naprzeciw portu przy miejskiej plaży. WOPRowcy pozwalają rozbić namiot na łączce pod wierzbami i nawet mają rozsądną cenę. Do tego można skorzystać z przyzwoitej ubikacji i łazienki (odpłatnie).

Dzień siódmy

Kolejne dwa dni były dla nas trochę mniej ciekawe, gdy idzie o odkrywanie nieznanego, jako że Wielkie Jeziora znaliśmy już z poziomu pokładu jachtu. Mimo to jednak warto było zobaczyć znajome miejsca z nowej, niższej perspektywy.

Niestety pogoda się zepsuła. Tego dnia od rana zbierały się chmury, a potem zagrzmiało. Burza dopadła nas na Tałtach, na szczęście przy brzegu, na który wyskoczyliśmy co prędzej, oczywiście z namiotem. Grzmiało solidnie. Potem siąpiło jeszcze parę godzin, a wiało aż do wieczora. W takich okolicznościach pokonaliśmy kanały. Przed wejściem do pierwszego napiliśmy się kawy (wrzątek w sezonowym barze, darmowy - dziękujemy!), a po wyjściu na Jezioro Szymoneckie wylądowaliśmy na polu namiotowym po prawej stronie od główek kanału. Słońce trochę poświeciło, więc mogliśmy wysuszyć sztormiaki i usmażyć na grillu ryby zakupione w Mikołajkach. Za przyjemność rozpalenia ogniska trzeba tu jednak zapłacić. Trudno. Pazury przecież.

Posileni, spokojnie przewiosłowaliśmy jeszcze całe Jezioro Jagodne i zatrzymaliśmy się na nocleg w lesie nad zatoką (z prawej strony przed wejściem do Zatoki Kula). Miejsce ładne, w sosnowym lesie, z możliwością rozpalenia ogniska, oczywiście płatne. Dziadek, który przyszedł kasować chciał nas trochę kiwnąć i policzył inaczej niż na wywieszonym cenniku. Trzeba było użyć stanowczej perswazji i wtedy okazało się, że cennik jest jednak aktualny. A płaci się i od namiotu i od osoby. To i tak łaskawie, bo np. na Popielskim Rogu kasują dodatkowo od kajaka (UWAGA!).

Trochę powędkowaliśmy. Bez efektów, bo głośne sąsiedztwo żeglarzy skutecznie odstraszyło wszelką ichtiofaunę.

Dzień ósmy

Czyli przedostatni. Pogoda w kratkę, czyli słoneczno burzowa i z niezłym wiatrem. Po wyjściu na wredny Niegocin dostaliśmy ładny podmuch z północnego zachodu. Na początku osłaniał nas trochę zachodni brzeg, ale potem poszliśmy prosto na Giżycko i pohuśtało nas pysznie. Taka większa fala, choć kosztuje sporo wysiłku i trzeba uważać, żeby nie stanąć równolegle do niej, jest jednak przyjemniejsza od tych małych drani, które mieszczą się dwie, albo trzy na długości kajaka i chlapią do środka. Duża fala unosi cały kajak jak kaczkę i jest ok. Co prawda mieliśmy fartuchy przeciwdeszczowe, ale to nie daje pełnego zabezpieczenia przed falą, jedynie przed bryzgami.
Trochę to trwało, ale satysfakcja ze zwycięstwa bezcenna.

Jako że Niegocin zabrał nam sporo energii, zgłodnieliśmy znacznie. Na lewo od portu LOK ukazała nam się ładna łączka. Miejsce jak znalazł na obiad. Niestety bosman (a może raczej właściciel, albo szwagier prezesa - bo to szczur lądowy był), nie pozwolił na rozpalenie ogniska. Właściwie to nawet nie wiadomo, kto nie pozwolił, bo w ośrodku tym bezwład biurokratyczny jest bezgraniczny. Jak nie, to nie. Popłynęliśmy więc do miasta. Kajaki wydobyliśmy z wody na nabrzeżu Kanału Łuczańskiego tuż przed mostem obrotowym (sposób sprawdzony na Pisie – z zamoczeniem kąpielówek). I to był dobry pomysł, bo spotkaliśmy znajomych, którzy kończyli rejs i zaproponowali nam transport do domu na dzień następny. Po zjedzeniu gofra skoczyliśmy znowu na wodę. Oczywiście nawet zamknięty most nie był dla nas żadnym problemem. Skierowaliśmy się na Jezioro Kisajno i już przy wylocie kanału do Zatoki Tracz zmykaliśmy na brzeg przed kolejną burzą.

Kisajnem skierowaliśmy się do Kanału Piękna Góra, a potem wzdłuż lewego brzegu w kierunku Kanału Niegocińskiego. Po drodze zauważyliśmy jacht naszych znajomych i załapaliśmy się na kawę w kajucie. Była to kawa przedobiadowa, bo właśnie tu nad brzegiem ugotowaliśmy na ognisku nasz ostatni obiad – karnet na palenie ognia mieliśmy jeszcze z Bełdan ?.

Tego dnia pokonaliśmy jeszcze tylko Kanał Niegociński, żeby wylądować u jego wylotu w nieczynnej przystani Tabat. Tu przecież rozpoczynaliśmy nasz spływ i teraz symbolicznie zamykaliśmy Wielką Pętlę. Namiot rozbiliśmy nie pytając nikogo o zgodę, jako że nikogo tam nie było.

Dzień dziewiąty

Właściwie skrawek dnia, bo skrajem wrednego Niegocina dopłynęliśmy tylko do Giżycka. Tu oporządziliśmy kajaki i oddaliśmy je sympatycznemu Panu Maciejowi, który przyjechał umówiony telefonicznie.
No i koniec. Jazda do domu, to już nie spływ, więc jej nie opisuję.

Gdyby ktoś chciał skorzystać z tego pomysłu, to radzę zaplanować trochę więcej czasu. Dwa, lub trzy dodatkowe dni pozwolą lepiej nacieszyć się cudnymi zakątkami Mazur Właściwych. Pazury potraktujcie tylko jak nieunikniony tranzyt.
Warto!

Polecamy artykuły

Rzeka Noteć Górna od km 59.50 do km 121.60 - kilometraż/locja - Wielka Pętla Wielkopolski

Szlaki kajakowe Wielkopolski


Wasze komentarze



Dodane przez wojtek - hawetka@op.pl
 
przeczytałem panowie dokładnie wasz dziennik pokładowy i jestem pełen uznania za hard ducha i nie przejmowanie się pierdołami(pan strażnik i jego kumpel)mnie pod malborkiem gonił chłop z widłami więc klimaty pazurostwa nie są mi obce choc jestem mieszkańcem warmi(lidzbark warmiński)musze przyznac wam racje prawdziwe mazury umierają albo mówiąc innymisłowy dziczeją inaczej smutne to ale niestety prawdziwe na pocieszenie powiem wam panowie że w fromborku na polu biwakowym musiałem płacic za oddychanie(opłata klimatyczna) reasumując-nie dawajmy się omijajmy szerokim łukiem obszary pazurostwa zdaje sobie sprawe że brzmi to jak utopia ale przynajmniej starajmy się-nie każdy lubi napoje z palemką na leżaku a za wasze zdrowie panowie zjem podwójną \"zupke\" noi coś na deser przecież było was trzech pozdrawiam i życze kolejnych niezapomnianych wypraw wojtek



Dodane przez J.Świerczek - hanys@vp.pl
 
Dzięki bardzo. Pozdrawiam



Dodane przez rafbial
 
Co do palików na jeziorze Wygryńskim, z tego co wiem to pozostałości po spływie drewna do tartaku. To jedna z konstrukcji, która służyła spławiania beli.



Dodane przez Gość - h.otte@yahoo.de
 
Wie groß qkm ist der Buwelno See?



Dodane przez J. Świerczek - hanys@vp.pl
 
Buwelno See hat 360 ha, also 3,6 qkm



Dodane przez Gość
 
do bani



Dodane przez J. Świerczek - hanys@vp.pl
 
"do bani" co?



Dodane przez Włodek
 
Podziwiam, zwłaszcza te 5 km z Pisza na Brzozolasek. hi,hi,hi... Włodek


Wypowiedz się...












odra kilometraz locja bug dniepr kędzierzynkoźle chorzępowo amsterdam ujarzmiona teściowa niemcy pan promil tyrkło śluza kostrzyn nad odrą holandia moza belgia marina pętla żuław vgradiste europa podróże wodna kijów noteć pochylnia polska kanał śluzowanie e70 jezioro kanał elbląski zegrzyński wielkopolska kajakowe locja turystyka rejs łuknajno odra kilometraż men mainz stobnica podróżnik roku kilometraz jak pływać francja morze przewodnik kajakowy mapa






Dankomp to nasze Biuro rachunkowe| Motoryzacja| Drogi wodne w Polsce i Europie - mapy, locje| Giełda jachtów - bezpłatne ogłoszenia żeglarskie - sprzedam jacht Sprzedam jacht Turystyczny Katalog

czarter mazury

25